Pokaż/Ukryj opcje strony

Piekielnie zdolny Ha Joon Chang

data publikacji: 8 Stycznia 2016

autor: Piotr Aleksandrowicz

Proszę docenić mój heroizm. Jestem zwolennikiem wolnego rynku i państwa minimum, a tu przychodzi mi pisać recenzję z książki lewicowca, Ha Joon Changa. I nie zmieni tej opinii nawet to, że jest on profesorem uniwersytetu w Cambridge, ani że ma świetne recenzje w Guardianie i Financial Times. Wiadomo, że duch lewicy i etatyzmu dotarł i do tych gazet.

Co gorsza, sam kupiłem przez nikogo nie przymuszony jego najnowszą książkę „Ekonomia – instrukcja obsługi", wydaną w wydawnictwie „Krytyka Polityczna", żeby sprawdzić co ma do powiedzenia. No i uprzejmie informuję, że ma sporo i to w całkiem ciekawy sposób, mimo że w końcu moje ambitne przedsięwzięcie zakończyło się częściowym fiaskiem – odpuściłem kilka ostatnich rozdziałów.

Jak każdy ideowiec, Chang jest w swoich książkach bardziej publicystą niż naukowcem. Dobrym publicystą. Jest również dobrym marketingowcem własnego produktu. Rzecz bowiem zaczyna się od pomysłowej instrukcji obsługi nie ekonomii, lecz samej książki. Chang powiada, że jeżeli masz 10 minut, to należy przeczytać pierwszą stronę każdego z rozdziałów, a może się okazać, że wolne masz nie 10 minut, lecz dwie godziny. Skoro zaś masz dwie godziny - przeczytaj rozdział 1 i 2, liźnij resztę. Jeśli masz jeszcze więcej czasu - przeczytaj streszczenia kursywą albo, najlepiej, całość. „To najbardziej skuteczny sposób lektury. W dodatku sprawisz mi tym wielką radość". Ładne, prawda?

Co to jest ten rozdział 1 i 2? Otóż pierwszy tłumaczy, czym jest ekonomia, przy czym wybór jest obfity. Ekonomia jest o pieniądzu, o pracy, transferach, konsumpcji etc., a w sumie o badaniu gospodarki.

Drugi rozdział próbuje natomiast na kilku stronach opisać czym był i jest kapitalizm, jak zmienili się od lat 70. XX wieku kapitaliści, pracownicy, rynki, pieniądz i system finansowy. Są dwa słowa o bankach, giełdzie, obligacjach korporacyjnych, a nawet o systemie waluty złotej. Tak jak pierwszy rozdział jest o tym, czym jest ekonomia, tak drugi o tym, co bada. Dość treściwe i nie skrzywione ideologicznie.

To skrzywienie pojawia się dopiero w rozdziale III, od którego tak naprawdę zaczyna się „Instrukcja obsługi". Ma tytuł „Skąd to się wzięło" i jest krótką historią kapitalizmu. To bardzo smacznie przyrządzona historia, w której słabość wychodzi na jaw dopiero, gdy autor zaczyna pisać o leninizmie i Związku Sowieckim, choć już wcześniej sączy czytelnikowi pogląd o obrzydliwym wyzysku kapitalistycznym. Oczywiście metodą jest ahistoryczność ocen. Abstrahując od tego co było realne i możliwe w danym okresie historycznym oraz od alternatyw. Dyskretnie porównując „dziki" kapitalizm z  naszą współczesnością utrupić można każde jego osiągniecie.

Wątpliwości budzą też czynniki, które zdaniem autora prowadziły kapitalizm do sukcesów w XIX i XX wieku. Kapitalizm odnosił je wówczas, gdy nie był stuprocentowym kapitalizmem, gdy państwa angażowały się w gospodarkę, uprawiały protekcjonizm itd. Tymczasem zwolennik wolnego rynku powie, że przeciwnie, sukcesy kapitalizmu były możliwe tak długo, jak państwo nie mieszało się do gospodarki, albo mieszało bardzo ostrożnie. I dało, na przykład, tysiącom Amerykanów szanse bogacenia się na przemysłowym wschodzie i Dzikim Zachodzie. Nie zmienia to faktu, że rozdział czyta się dobrze i można autora chwalić za zdolność syntezy czasem w kilkunastu zdaniach obszernych fragmentów historii.

Nieszczęście pojawia się, gdy dochodzimy do opinii o Związku Sowieckim i jego systemie. Wczesna radziecka industrializacja okazała się ogromnym sukcesem – orzeka autor i pisze o 5 procentowym wzroście gospodarczym. Dodaje potem tylko jednym zdaniem, że ceną za ten wzrost gospodarczy było życie milionów ludzi, ofiar politycznych represji i głodu. Wówczas jednak nie wszystkim o tym było wiadomo.

 Autor już wie, więc zaznaczył. Dziś wiadomo także, że nie było sukcesu gospodarczego. Nie da się napełnić garnka blachą czołgową, a do kanapek włożyć cementu. Wzrost gospodarczy mierzony betonem, stalą czy skrajnie nieefektywnymi technologiami, był w znacznej części fikcją.

Opis II połowy XX wieku, nadal potoczysty i zgrabny, eksponuje tezę, że złota era kapitalizmu po drugiej wojnie światowej wynikała z tego, że zaprzeczył on samemu sobie. Silne państwa aktywnie uczestniczyły w gospodarce, powstawały państwowe firmy, rozbudowano centralne planowanie, umocniono związki zawodowe itd. itd., słowem  gospodarka kwitła tam, gdzie stała się gospodarką mieszaną, łączącą najlepsze strony systemu kapitalistycznego i socjalistycznego.

OK, tak można też opisywać historię gospodarczą XX wieku. Ważne tylko, by pamiętać, że nie jest to jedyny możliwy opis. Gospodarka mieszana miała bowiem swoje słabe strony, przede wszystkim w wielu przypadkach niską efektywność i marnotrawstwo środków. Doprowadziła do stagflacji (stagnacji połączonej z inflacją) i w końcu wywołała kontrreformację – prywatyzację, redukcję biurokracji, wzmocnienie wolnego rynku.

Załatwienie dorobku tzw. realnego socjalizmu jednym akapitem, że zawalił się (choć nie wiadomo za bardzo dlaczego) pokazuje inny rys metody pisarskiej Changa – unikanie zagadnień i obserwacji niezgodnych z tezami. Na przykład nie występuje w jego książce znaczna część wybitnych światowych ekonomistów o orientacji prorynkowej. Z drugiej strony nie ma słowa o klęskach różnych mieszanych kapitalizmów z wielką rolą państwa - np. indyjskiego w II połowie XX wieku, czy szwedzkiego w latach 90.

Z kolei okres transformacji po 1989-90 roku w większości krajów Europy Wschodniej zdaniem autora zakończył się katastrofą (Jugosławia, republiki postsowieckie), co jest zgodne z prawdą. Tyle, że to nie kapitalizm odpowiada za tę katastrofę, bo nikt go tam nie próbował zaprowadzić. Jugosławia rozpadła się, bo jej obywatele uznali, że czas na nacjonalizm i wojny domowe. Zaś w republikach postsowieckich (poza bałtyckimi) najsprytniejsi komuniści odrzucili starą ideologię, pozostając dyktatorami narodowymi. Zdaniem Changa nawet w przypadku krajów wyszehradzkich, w tym Polski, transformacji nie uda się przedstawić jako sukcesu. Tak niemądrze pisać może tylko ktoś, kto nigdy nie był w kraju realnego socjalizmu.

Mimo rozczarowania znacznymi fragmentami rozdziału III, zacząłem czytać także rozdział czwarty i tu niespodzianka. Jest poświęcony różnym szkołom myśli ekonomicznej. Autor doliczył się ich dziewięciu – szkoła klasyczna, neoklasyczna, marksowska, tradycja ekonomii rozwoju, szkoła austriacka, (neo)schumpeterowska, keynesowska, stara i nowa instytucjonalna oraz behawioralna. Ten rozdział jest jak z innego świata – sprawia wrażenie obiektywnego, a umiejętność syntezy tym razem nie jest chyba zaburzona ideologiczną wadą wzroku. Anglicy mówią w takiej sytuacji, że w stosunku do autora działa benefit of the doubt – trzeba raczej mu wierzyć, nawet jeżeli ma się wątpliwości.

Nieszczęściem jest natomiast tytuł rozdziału: „Niech rozkwitnie sto kwiatów". Ma pokazywać pożytki z istnienia wielu szkół ekonomicznych, ale przecież zaczerpnięty został z maoistowskiej kampanii w II połowie lat 50. XX wieku, która też miała pokazywać pożytki z różnorodności poglądów, a skończyła się represjami wobec pół miliona „prawicowców", czyli ludzi, którzy uwierzyli wówczas, że wolno krytykować partię komunistyczną. Ręce opadają.

Piąty rozdział „Instrukcji…" przedstawia aktorów gospodarczych – z jednej strony najważniejszego z nich, zdaniem autora, czyli rząd, z drugiej korporacje, z trzeciej, ułomne, a nie racjonalne czy samolubne, jak w niektórych teoriach, jednostki.

Po czym przechodzimy do części II, w której autor próbuje wykorzystać ekonomię do zrozumienia rzeczywistości gospodarczej. W szóstym rozdziale pisze jak możemy mierzyć wielkość gospodarki i jej wzrost, wprowadza pojęcie siły nabywczej przydatne przy porównaniach międzynarodowych, a także wspomina o próbach odejścia od finansowych miar produktu, czy dochodu narodowego na rzecz mierników uwzględniających nawet szczęście. W kolejnym pisze o tym co istotne nie dla poziomu PKB, lecz dla prawdziwego rozwoju – utożsamianego z rozwojem zdolności wytwórczych. A także o produkcji, industrializacji, ale nadal zaskakująco dużym znaczeniu ziemi i rolnictwa, o społeczeństwach usług itd.

Rozdział zaczyna się od informacji, że Gwinea Równikowa była jednym z najszybciej rozwijających się państw świata w ostatnich 20 latach, bo odkryto w niej gigantyczne złoża ropy naftowej. Ale nic z tym nie zrobiła. W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy w XIX wieku potrafili z eksploatacji ziemi i minerałów oraz ich przetwórstwa stworzyć podstawy rozwoju. W warunkach tego okropnego, leseferystycznego kapitalizmu, choć tego Chang już nie zauważa.

W tym rozdziale pojawia się także kwestia zrównoważonego rozwoju. A zaraz potem sugestia, by w krajach rozwijających się rozwój nie polegał na produkcji i konsumpcji kolejnego telewizora, tylko na przykład na poprawie warunków pracy, wydłużeniu życia, mniejszej śmiertelności niemowląt itd., natomiast dla krajów bogatych autor ma już wyraźne polecenie, by nie rozwijały konsumpcji, lecz raczej próbowały ograniczyć czas pracy. Sugestie jak sugestie. Zadziwiająca jest jednak łatwość z jaką Koreańczyk z angielskiego uniwersytetu mówi innym co mają robić, jak swobodnie organizuje im życie i konstruuje przyszłość. Ha Joon Chang mimowolnie pokazuje, jakie są skutki odrzucenia lub ograniczenia znaczenia takich pojęć jak wolność, wolny rynek czy indywidualizm. Kiedy zastępuje je państwo, strefa wolności szybko kurczy się. Dla lewicowców to nic strasznego, dla zwolenników wolności - dramat.

Mówiąc szczerze, potem  zacząłem już tylko kartkować, o czym są kolejne rozdziały. Doceniając warsztatowe zalety pisarstwa Changa, straciłem chęć zagłębiania się w szczegóły, choć podtrzymuję pierwszą opinię, że rzecz jest warta lektury, choć nie aprobaty. Więc już tylko wyliczę, że poświęcone są finansom, biedzie i nierównościom, pracy i bezrobociu, roli państwa oraz zagadnieniom międzynarodowym (bilans handlowy i płatniczy oraz inwestycje bezpośrednie).

W poincie książki autor pisze, że jego celem było pokazanie czytelnikom, jak mają myśleć o gospodarce, a nie co mają o niej myśleć. Trzy razy wczytywałem się w to zdanie i już wiem. Wobec tych, do których kieruje swoje dziełko - młodych ludzi, studentów bez większej wiedzy ekonomicznej, szerokiej publiczności, dokładnie ten cel zrealizował. Już wiedzą jak mają myśleć o gospodarce. Tyle, że teraz jego wezwania do stosowania różnych metod i szkół ekonomicznych do analizy - ten sam tekst słychać  też w kilku wywiadach z Changiem, które czytałem - brzmią dość ironicznie.

Piekielnie zdolny jest Ha-Joon Chang. Piekielnie.