Pokaż/Ukryj opcje strony

Bogactwo narodów, wersja 2.0

data publikacji: 5 Stycznia 2016

autor: Piotr Aleksandrowicz

W okresie burzy i naporu jaki przeżywamy w polityce, życiu społecznym i gospodarczym, warto przeczytać książkę Darona Acemoglu i Jamesa Robinsona „Dlaczego narody przegrywają". Autorzy są ekonomistami w najlepszych uczelniach amerykańskich (MIT i Harvard), mają wszakże bardzo silne zacięcie historyczne. Studiowali dzieje świata, aż w końcu znaleźli odpowiedź na kluczowe pytanie, dlaczego niektóre narody przegrywają, a innym dobrze się powodzi.

Otóż decydują o tym instytucje. Instytucje mogą być wyzyskujące i włączające. Przy czym instytucjami nazywają nie tylko agendy polityczne i gospodarcze władzy. Na przykład instytucją wyzyskującą może być system podatkowy, który odbiera więcej niż połowę wartości dodanej, a tak się dzieje w wielu państwach zachodniej Europy. Jeśli państwo nie dba o prawo własności i stosuje wywłaszczenia, to jest to także przykład, że działają w nim instytucje wyzyskujące. Wysokie bariery wejścia na rynek, kapitalizm kolesiów, silna pozycja monopoli, przywileje handlowe, wszystko to są instytucje wyzyskujące. Oczywiście, jeśli w systemie politycznym i gospodarczym te zjawiska nie występują, to świadczy to o istnieniu instytucji włączających. Autorzy nie definiują ich zbyt precyzyjnie, ale dobrze funkcjonująca demokracja z systemem check and balance i trójpodział władzy są takimi instytucjami. W gospodarce instytucje włączające istnieją tam, gdzie istnieje poszanowanie prawa własności (sprawne, obiektywne sądownictwo) i wolny rynek z niskimi barierami wejścia na niego, bez uprzywilejowanych przedsiębiorstw, umożliwiający powszechną aktywność gospodarczą.

Ale instytucją włączającą jest także zebranie mieszkańców, mające duże znaczenie w systemie politycznym. Od siebie dodam , że tak dzieje się w Szwajcarii, ale mam wrażenie, że to wyjątkowy przykład, mimo, że w wielu innych krajach, takie zebrania też istnieją, lecz na mniejszą skalę. Instytucją włączającą jest referendum na lokalną i ogólnokrajową skalę, także instytucja bardzo rozbudowana w Szwajcarii. Autorzy nie kryją, że warunkiem by instytucje stały się włączające jest scentralizowane i silne państwo. To bardzo ważna uwaga, gdyż wyrzuca poza ścieżkę do bogactwa koncepcje anarchistyczne, albo politycznie i ekonomicznie może atrakcyjne, ale nie do zrealizowania w konkretnych warunkach. Państwo jest niezbędne, by demokracja i wolny rynek mogły działać, a prawo własności być egzekwowane.

Cała książka Acemoglu i Robinsona ustawiona jest pod programową tezę, że przegrywają narody obdarzone instytucjami wyzyskującymi, wygrywają te, które rozwinęły instytucje włączające. Teza ta powtarzana jest tak często, jakby autorzy nadal uznawali zasadę, że repetycja jest matką wiedzy.

Autorzy uważają też, że „ polityka zdecydowanej większości społeczeństw w dziejach prowadziła i nadal prowadzi do instytucji wyzyskujących, które hamują wzrost. Znamienny jest przykład Konga, niezależnie od tego, czy było ono kolonią, czy jest niepodległym państwem. „W nędzy utrzymuje Kongo nie geografia, kultura czy ignorancja polityków bądź obywateli [inne teorie tłumaczące biedę i bogactwo, o których za chwilę], lecz robią to wyzyskujące instytucje gospodarcze, które trwają (…) od stuleci, gdyż władza polityczna niezmiennie koncentruje się w rękach małej elity". Zresztą przykładów, gdzie instytucje wyzyskujące kwitną, jest znacznie więcej. Z tym, że dobór państw pozostawia czasami niedosyt. Autorzy lubią posługiwać się przykładami skrajnymi – Kolumbia z wojną z kartelami, Zimbabwe z reżimem Mugabe, a z Azji Korea Północna, bo w oczywisty sposób potwierdzają ich teorię, ale brakuje trochę podjęcia trudniejszych zagadnień, na przykład opisu sytuacji we współczesnej Europie.
W kolejnym rozdziale Acemoglu i Robinson omawiają sytuację, w której mimo istnienia politycznych instytucji wyzyskujących, możliwy jest wzrost gospodarczy. Otóż, po pierwsze, dzieje się tak, jeśli elity rządzące mogą przeznaczać zasoby na działalność produktywną. Tak było na Karaibach od XVI do XVIII wieku. Niemiłosiernie eksploatując niewolników, elity prowadziły gospodarkę efektywną produkując cukier sprzedawany na rynkach światowych. Drugi i delikatnie mówiąc dość kontrowersyjny przykład dominacji instytucji wyzyskujących i politycznych, i gospodarczych, w którym zdaniem autorów jednak przejściowo osiągnięto pewien sukces gospodarczy, to Związek Sowiecki między 1928 rokiem a latami 70. XX wieku.

Drugi sposób pokazał w praktyce koreański generał Park w latach 60., który wprowadził nieco włączające instytucje gospodarcze, przy zachowaniu systemu autokratycznego, po czym osiągnął zdumiewający wzrost gospodarczy. Potem stopniowo w Korei instytucje stawały się coraz bardziej włączające i proces ten potrwał do lat 90., a Korea przeskoczyła pułapkę średniego dochodu. Podobnie w Chinach, burzliwy wzrost wynika z wykorzystania elementów systemu koreańskiego i sowieckiego nieco włączających instytucji gospodarczych (funkcjonowanie rynku), a także z istnienia scentralizowanego państwa. Natomiast wielkie znaczenie sektora państwowego w gospodarce i wszechobecność partii komunistycznej przy zarządzaniu nim pokazuje siłę i znaczenie wyzyskujących instytucji gospodarczych i politycznych. Jak wiemy rozwój chińskiej gospodarki napotyka już coraz poważniejsze bariery.

Metoda pisarska Acemoglu i Robinsona polega na tym, że w każdym rozdziale bardziej ogólne obserwacje, których nadmiaru zresztą nie ma, otaczają liczne przykłady. Autorzy płynnie przenoszą się z kontynentu na kontynent i z epoki do epoki. Dzięki temu rzecz czyta się świetnie, co bez wątpienia sprzyjało znakomitemu przyjęciu książki.

Wśród recenzji pochwalnych cztery pochodzą od laureatów Nagrody Nobla. George Akerlof porównał książkę Acemoglu i Robinsona do „Bogactwa Narodów" Adama Smitha. Robert Solow zakończył recenzję westchnieniem: „W jakiś sposób potrafią wytworzyć równocześnie emocje i refleksję". Według Gary S. Beckera autorzy w przekonywujący sposób pokazują, że kraje unikną nędzy tylko wtedy, gdy będą właściwe instytucje ekonomiczne, szczególnie dotyczące prywatnej własności i konkurencji. I wreszcie ostatni z noblistów Michael Spence, który kończy swoją recenzję tak: „Ci, którzy wezmą tą książkę i zaczną ją czytać, będą mieli kłopoty z odłożeniem". A obok tych czterech nietrudno znaleźć dziesiątki równie pochwalnych recenzji ekonomistów i dziennikarzy.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Bardzo edukacyjny jest rozdział drugi, w którym autorzy przedstawiają alternatywne wytłumaczenia, dlaczego jedne narody się rozwijają, a inne nie. Mamy tu hipotezę geograficzną, zwracającą uwagę, że kraje bogate położone są na ziemiach o umiarkowanym klimacie, a biedne między zwrotnikami. Kiedyś w hipotezie tej eksponowano lenistwo robotników pracujących w ciepłym klimacie, którymi muszą w tej sytuacji rządzić despoci (Monteskiusz), teraz eksponuje się choroby tropikalne i słabą jakość gleb. Jednak czy klimatem lub jakimiś innymi czynnikami z hipotezy geograficznej można wytłumaczyć różnice między miastem Nogales położonym w Meksyku, a miastem Nogales położonym po drugiej stronie granicy w Arizonie? Albo między Koreą Północną i Południową?

Wiele miejsca poświęcają hipotezie kulturowej, która akcentuje różnice w kulturach poszczególnych narodów i wyznawanych wartościach. Tu przekonują, że ta hipoteza nie wyjaśnia w sposób uniwersalny różnic w zamożności narodów. Tymczasem hipoteza instytucji wyzyskujących i włączających wydaje się być uniwersalna. Wreszcie na koniec rozdziału o alternatywnych hipotezach pojawia się hipoteza ignorancji. Mianowicie, że ani my, ani rządzący nami nie wiedzą, jak sprawić, by państwa ubogie się wzbogaciły. Cóż, są wprawdzie przykłady przywódców, którzy realizowali katastrofalną politykę, gdyż nie przewidzieli konsekwencji – piszą Acemoglu i Robinson - jednak mimo wszystko ignorancja może wyjaśnić tylko niewielką część światowych nierówności. Pouczający jest przykład Ghany po uzyskaniu niepodległości, gdzie Kwame Nkrumach podejmował świadomie irracjonalne ekonomicznie decyzje, bo starał się dbać o – jakbyśmy dziś powiedzieli - słupki wyborcze, czy Porfirio Diaza w Meksyku, który również świadomie, a nie z niewiedzy, wybrał rozwiązania gospodarcze umożliwiające bogacenie się elit kosztem społeczeństwa. Po czym różnice w zamożności między Meksykiem a sąsiednimi Stanami Zjednoczonymi zaczęły gwałtownie rosnąć.

Wspominam o tym rozdziale także dlatego, że dzięki niemu każdy może sam ocenić, czy hipoteza Acemoglu i Robinsona jest bardziej przekonywująca od innych. Cała książka zaś podaje czytelnikowi gotowe narzędzie do oceny konkretnych posunięć gospodarczych i politycznych, czy sprzyjają one instytucjom wyzyskującym czy włączającym, słowem temu byśmy ubożeli, czy bogacili się.