Pokaż/Ukryj opcje strony

Euro - waluta niekończących się problemów

data publikacji: 16 Grudnia 2016

autor: Paweł Kowalewski

By przekonać się o całej złożoności przedsięwzięcia, jakim było powołanie Europejskiej Unii Gospodarczej i Walutowej, wystarczy wziąć do rąk banknot euro. Zdecydowana większość banknotów na świecie przedstawia wybitne osoby, które swoimi zasługami zapisały się w historii kraju emitenta. W przypadku euro jest inaczej.

Na emitowanych przez Europejski Bank Centralny banknotach, obok mapy kontynentu europejskiego, widnieją mosty i okna mające symbolizować otwartość na świat. Chcąc uniknąć faworyzowania konkretnych krajów, dołożono wszelkich starań, by widniejące na nich obiekty nie występowały w krajach członkowskich. Nie było to łatwe przedsięwzięcie. W sytuacji, gdy jeden z członków komisji oceniającej projekty graficzne dopatrzył się w ostatniej chwili rzekomych podobieństw jednego z proponowanych mostów z mostem występującym w jednym z krajów członkowskich, konieczne było przeprowadzenie niezbędnych poprawek. Niewiele łatwiejszym zadaniem było zamieszczenie na banknocie mapy Europy. W ostatniej chwili Grecy stwierdzili, że na reprodukcji proponowanej mapy brakuje jednej wyspy greckiej i trzeba było narysować projekt od nowa.

Problematyczna nazwa

Przez długi czas wszystko wskazywało na to, że nowy pieniądz europejski będzie nazywać się ECU. Wiele przemawiało za tym, by taką właśnie nazwę wybrać. Jeszcze przed wprowadzeniem nowego pieniądza do obiegu, istniała jednostka rozrachunkowo-rozliczeniowa, której skrót brzmiał właśnie ECU (ang. European Currency Unit) i która była bardzo ważnym elementem strategii torującej drogę do unii walutowej. Pojawił się problem, jak będzie się wymawiać nazwę europejskiej waluty: po angielsku czy francusku? Francuzi podkreślali, że ecu było nazwą waluty występującej w odległych średniowiecznych czasach, w XIII wieku za panowania Ludwika IX. Nie wszystkim podobały się francuskie korzenie słowa. Niemcom, którzy ponieśli chyba największe koszty przy wprowadzaniu tego projektu w życie, ecu nie podobało się z bardzo prozaicznego powodu. Francuska wymowa tego słowa kojarzyła się im ze słowem krowa (niem. Kuh), a niemiecka - z marką bawarskiego piwa EKU, ważonego w Kulmbach. Spore zapasy tego piwa przywiozła delegacja niemiecka, by po zakończeniu trudnych negocjacji wznieść toast za nową walutę.

Zastąpienie jednego problemu drugim

Dzisiejsza Europa Zachodnia, wyzwolona przez wojska USA w czasie II wojny światowej, stanowi trzon strefy euro. W powojennej rzeczywistości szybko znalazła się w orbicie wpływów Stanów Zjednoczonych i stała się częścią składową opierającego się na dolarze amerykańskim systemu z Bretton Woods. Początkowo taka sytuacja była dla tych krajów błogosławieństwem. Jednak na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych notowania dolara zaczęły spadać. Zaniepokojeni przywódcy europejscy usiłowali zwrócić uwagę amerykańskiego Sekretarza Skarbu Johna Connallyego na problem tracącego na wartości dolara. Wtedy usłyszeli z ust swojego amerykańskiego kolegi odpowiedź, która przeszła do historii: „Dolar jest naszą walutą, ale Waszym problemem”. Był to dla Europy jasny sygnał, że jeśli chce się uniezależnić od dolara, musi myśleć o posiadaniu własnego pieniądza.

Nikt nie przypuszczał, że pozbycie się jednego „problemu”, jakim według słów Connallyego miał być dolar amerykański, postawi Europejczyków przed kolejnym. Europejczyków nic tak nie łączyło, jak chęć posiadania wspólnej waluty i nic ich tak nie dzieliło, jak próba wprowadzenia tego marzenia w życie.

Waluta narodowa jest podobnie jak flaga, godło czy hymn symbolem dumy narodowej. Historycy zwracają uwagę, że w przypadku niemalże każdego kraju, który jest niepodległy lub niepodległość odzyskuje, jednym z pierwszych posunięć jest wprowadzenie własnej waluty. O ile jest to operacja łatwa do przeprowadzenia, o tyle rezygnacja ze znajdującego się w obiegu pieniądza jest przedsięwzięciem szczególnie trudnym. Może to dziwić zwłaszcza, gdy dowiemy się, jakie koszty ponoszą Europejczycy z tytułu posiadania własnych walut.

Argumenty zwolenników

Dlaczego wiele krajów europejskich było gotowych do zrezygnowania z pieniądza narodowego? Odpowiedzi na to nurtujące pytanie udzielił ponad dwadzieścia lat temu urzędujący wówczas premier Hiszpanii, Felipe Gonzalez. Odniósł się do wyników badań wskazujących, że jeśli osoba podróżująca  przez wszystkie kraje ówczesnej Unii Europejskiej będzie wymieniać  pieniądze na każdą z walut krajów członkowskich i nic nie wyda, to w ostatnim odwiedzanym państwie będzie miała w kieszeni jedynie 50% pierwotnej sumy. Drugą połowę pochłoną prowizje lub różnice z tytuły marży pobierane przez kantory walutowe. Przykład ten był długo podawany przez zwolenników wprowadzenia na kontynencie wspólnego pieniądza.

Unia Europejska posiada flagę, godło i hymn – „Odę do Radości” Ludwiga van Beethovena. W przeciwieństwie do wspólnej waluty, ich wprowadzanie przebiegało spokojnie i nie wywoływało większych konfliktów. Dlaczego zatem wprowadzanie wspólnej waluty okazało się tak problematyczne? Abstrahując od wątku polityczno-ekonomicznego, rezygnacja z waluty krajowej staje się de facto operacją nieodwracalną. O ile flagą europejską i narodową możemy się posługiwać zamiennie, o tyle w przypadku pieniędzy mamy tylko dwa wyjścia: albo pozostajemy przy walucie krajowej albo wprowadzamy euro. Równoczesne posługiwanie się dwiema walutami nie jest możliwe.

Historia euro pokazuje, jak wąska jest granica dzieląca interes europejski od interesu narodowego. Europa jest mozaiką różnych narodowości. Francuz będzie zawsze Francuzem, a Niemiec Niemcem. Natomiast obaj będą Europejczykami zawsze wtedy, kiedy będzie to dla nich wygodne. Reguła ta odnosi się do wszystkich narodowości wchodzących w skład tej „mozaiki”. Mimo, że Europejczyków coraz więcej łączy, nadal więcej ich dzieli. Kiedy rozgrywają się igrzyska olimpijskie, sportowcy europejscy nie występują pod niebieską flagą z 12 gwiazdami, ale pod flagami narodowymi. Kiedy delegacja Niemiec udaje się do Chin, by przekonać Chińczyków do inwestowania w Niemczech, to posługuje się symbolami narodowymi, a nie europejskimi. Kiedy minister gospodarki Słowacji przyjmuje potencjalnych inwestorów zagranicznych i namawia ich do inwestycji w swoim kraju, to tak naprawdę czyni wszystko co w jego mocy, aby ci inwestorzy nie zainwestowali w sąsiadującej ze Słowacją Polsce. Nie ma w tym nic dziwnego. Podatki płynące z inwestycji na terytorium konkretnego kraju popłyną do budżetu tego państwa.

Zniesienie ceł czy innych ograniczeń handlowych prowadzi do wzrostu handlu, z czego korzystają wszyscy biorący udział w wymianie handlowej. Czy z walutami nie jest podobnie? Niestety, operacja wprowadzania wspólnej waluty nie sprowadza się do wyżej wspomnianych marż lub – jak mówią ekonomiści – kosztów transakcyjnych. Istotnie koszty transakcyjne zapisuje się po stronie zobowiązań z tytułu posiadania waluty krajowej. Ale ta ostatnia posiada również szereg zalet, które czasami rekompensują wspomniane koszty transakcyjne. Rzecz w tym, że kraje mają swoje interesy gospodarcze, które jest znacznie łatwiej bronić za sprawą własnej (a nie wspólnej) polityki gospodarczej.

Wprowadzanie euro wiązało się z dokonaniem bardzo trudnego wyboru – co ma być wspólnym punktem odniesienia dla nowej waluty. Twórcy euro musieli sobie odpowiedzieć na pytanie, jaka powinna być odpowiednia dla rodzącej się strefy euro stopa inflacji. Doszło do konfliktu dwóch odmiennych filozofii: francuskiej i niemieckiej. Francuzi wychodzili z wydawałoby się całkiem rozsądną propozycją, aby inflacja (a także pozostałe wskaźniki gospodarcze) była średnią wskaźników wszystkich krajów. Jednakże tak sformułowana koncepcja była nie do zaakceptowania dla przyzwyczajonych do bardzo niskiej inflacji Niemców, którzy pytali, w imię czego mają godzić się na jej wzrost. Dlatego też wyszli z alternatywną propozycją, lansowaną przez niemiecki bank centralny, Bundesbank, tzw. teorią koronacyjną („Krönungstheorie“)1. Jej sedno można zawrzeć w jednym zdaniu: do członkostwa w unii walutowej należy się przygotować, aby móc spełnić wygórowane kryteria i w efekcie zapewnić nowej walucie bezpieczny byt.

Dzisiejsze problemy euro wskazują, że rację mieli Niemcy. Ekonomii nie da się oderwać od polityki i to ta ostatnia często decyduje o ostatecznym wyborze koncepcji gospodarczej.

Niemcy, mimo ogromnej siły argumentów i potężnej gospodarki, musieli wbrew swojej woli pójść na kompromis. W przeciwnym razie będąca orędownikiem odmiennej koncepcji strona francuska mogła bardzo utrudnić przebiegający w latach 1989-1990 proces zjednoczeniowy państw niemieckich. Nie będzie przesady w twierdzeniu, że obecne mechanizmy regulujące funkcjonowanie strefy euro zawdzięczamy bardzo trudnemu do zaakceptowania przez dwie zwaśnione ze sobą strony kompromisowi, który komentatorzy określają mianem „zgniłego kompromisu”.

Niepewna przyszłość

Euro było, jest i najprawdopodobniej będzie problemem, który zamiast łączyć będzie coraz bardziej dzielić Europejczyków. Tak długo, jak powyższe problemy nie będą przezwyciężone, mało prawdopodobny będzie większy udział euro w światowych rezerwach walutowych. Jeszcze osiem lat temu zbliżał się on dużymi krokami do granicy 30%. Obecnie oscyluje już wokół 20% z wyraźną tendencją spadkową (w IV kwartale 2015 spadł poniżej tego progu) i wynosi już niewiele więcej niż udział całej strefy euro, w skład której wchodzą trzy z dziesięciu krajów o największym PKB na świecie.

Co będzie się dalej działo z euro? Opisywana tutaj unia walutowa nie jest pierwszą unią walutową, do jakiej utworzenia doszło na kontynencie europejskim. Wszystkie wcześniejsze uległy rozpadowi. Czy z euro będzie podobnie? Jedno jest pewne, zarówno dalsze utrzymanie euro przy życiu, jak i ewentualna dezintegracja Unii Europejskiej będą dla Europy sporym wyzwaniem.


1 Istotę teorii koronacyjnej dokładnie opisuje znawca historii gospodarczej prof. Harold James w książce Making the European Monetary Union - http://www.hup.harvard.edu/catalog.php?isbn=9780674416802&content=reviews