Pokaż/Ukryj opcje strony

Dorobek ludzkości przez 2000 lat

data publikacji: 26 Marca 2013

autor: Jan Cipiur

Przez tysiące lat ludzkość poruszała się pełzaniem i czołganiem, żeby teraz śmigać naprzód w mgnieniu oka. Ludzi na ziemi jest coraz więcej. Teraz już ponad 7 miliardów. Możemy więcej, bo jesteśmy liczniejsi. W dodatku, nie posługujemy się wyłącznie siłą mięśni, zwierząt, wiatru i wody, jak przez większość historii cywilizacji, lecz używamy teraz niezliczonych rodzajów, niesłychanie sprawnych maszyn.

W rok narodzenia Chrystusa na wszystkich zamieszkałych kontynentach żyło 200-225 mln ludzi, z tego w Europie, bez terenów obecnej Rosji i Ukrainy - 30 mln osób. Zatem do dzisiaj, przez dwa tysiące lat z małym okładem liczba ludności świata wzrosła ponad 30-krotnie.

Wiemy i umiemy coraz więcej, a jednak bogactwo przypadające na jednego człowieka – obywatela Ziemi wzrosło przez dwa minione tysiąclecia ledwo 16-krotnie. W ujęciu historycznym tempo przyrostu ludności było zatem dwukrotnie szybsze od tempa wytwarzania wszystkiego tego co do życia potrzebne. Gdyby nie niesamowite przyspieszenie w minionych dwóch stuleciach, bylibyśmy statystycznie biedniejsi niż na początku naszej ery. Najwięcej do syntetycznej wiedzy nt. etapów rozwoju ludzkości i gospodarki dołożył zmarły trzy lata temu Angus Maddison - światowej renomy ekonomista, statystyk i historyk w jednym.

Na historię, patrzymy najczęściej przez pryzmat przełomowych wydarzeń oraz życia i dokonań najwybitniejszych ludzi. W konsekwencji, w uproszczonym, ale dominującym na co dzień ujęciu dzieje to zbiór dat panowania władców i dynastii, okresy wojen i następujących po nich pokojów, zapis lat poszczególnych odkryć i wynalazków, czy powstawania dzieł kultury i sztuki. Angus Maddison wychodził natomiast z założenia, że mnóstwo zyskać można prowadząc badania z perspektywy najzwyklejszego człowieka, a dwóch ludzi tworzy więcej „historii” niż jeden człowiek.

Uczeni przyjmują zgodnie, że dopiero gdzieś w okolicach 1810-1820 roku ludność świata przekroczyła pułap 1 miliarda żyjących w danym momencie osób. Jasne jest zatem, że obecne 7 miliardów ludzi tworzy 7 razy więcej „historii” niż ludzie żyjący dwieście lat temu. To jednak „pomiar” mocno niedoskonały.

Jakkolwiek nie dzielić by ludzi, to wszyscy mają jedną wspólną cechę – w różnym natężeniu i z bardzo różnym powodzeniem - wszyscy jednak od zarania dziejów zajmujemy się wytwarzaniem. Z wielkim wprawdzie trudem i jeszcze większym przybliżeniem, ale daje się oszacować wynik tego znoju i trudu np. na przestrzeni od umownego roku numer 1.

Porównanie wartości ekonomicznych sprzed tysięcy lat z efektami dzisiejszej wytwórczości wymaga przede wszystkim znalezienia właściwych odpowiedników i zamienników. Są współczesne wytwórnie luksusowych sportowych samochodów za setki tysięcy złotych, dolarów i euro, ale są też wielkie fabryki najtańszych samochodów. Popularne auta z XXI wieku mogą być zatem odpowiednikiem małego osiołka sprzed kilkunastu wieków, a równoważne przejawy rozpasania dziś i wtedy to współczesne bolidy z setkami koni mechanicznych pod maskami z jednej strony i afrykański, majestatyczny słoń do dyspozycji starożytnego satrapy władającego gdzieś w okolicach Morza Śródziemnego, z drugiej.

Kolejny etap prowadzący do miarodajnych porównań różnych epok to badanie dochodów i ich siły nabywczej. Szczegółów są setki i tysiące, ale aż na tyle nie ma miejsca. Z pochodzących z 1800 p.n.e. „Praw Esznunny”, które było królestwem w Mezopotamii, i nieco późniejszego Kodeksu Hammurabiego wywieść można, że w przeliczeniu na pszenicę robotnik (np. woźnica prowadzący zaprzęg z osłem na czele) otrzymywał za pracę w granicach 6-9 litrów ziarna dziennie. Gliniane tabliczki z XV i XIV w. p.n.e. znalezione w pobliżu dzisiejszego irackiego Kirkuku informują, że robotnik najemny dostawał tam w przeliczeniu 4 do 7,5 litra pszenicy. Są także przejmujące doniesienia o spadającym 3-4 tysiące lat temu poziomie życia w dolinach Tygrysu i Eufratu, ale jest istotny kłopot z ich wiarygodną weryfikacją.

Przejdźmy do czasów bliższych. Holenderski naukowiec Jan Luiten van Zanden zmierzył wyrażone w litrach pszenicy dniówki w siedmiu miastach europejskich. Z jego badań wynika, że w okresie od 1500 do 1800 roku spadły one (w większości) z 10-15 litrów do (przeważnie) 6-10 litrów dziennie. Największe płace w wyrażeniu pszenicznym były na jego rodzinnych ziemiach (9,9 – 16,6 litrów), a najniższe we Florencji i Mediolanie (5,3 - 9,3 litrów).

Z tego i innych badań wynika, że niemal do XX wieku ludzkość z wielkim trudem niwelowała skutki przyrostu naturalnego. Pszenicy przypadającej na robotniczą głowę i ręce przybyło przez tysiąclecia tylko cokolwiek. Był tego najistotniejszy powód - postęp techniczny będący motorem wydajności był niemal śladowy. Przyczyna ogólna marazmu była dość prozaiczna – Azja podupadła i zamarła w rozwoju, a Europa Zachodnia całą energię i zasoby skupiała po otrząśnięciu się z martwoty wieków średnich na szukaniu srebra i złota za morzami. Nie miała przez to czasu na poszukiwanie (w głowach) prawdziwych źródeł rozwoju i wzrostu.

Badane są również płace. Profesor Richard C. Allen stwierdził np., że w drugiej połowie XVI wieku krakowski rzemieślnik budowlany zarabiał 5,2 gramów srebra dziennie, czyli dwukrotnie mniej niż jego odpowiednik w Antwerpii (najlepiej płacono w Madrycie, ale to głównie efekt napływu srebra z konkwisty w Ameryce Południowej). Gorzej płacili mistrzom murarskim, czy ciesielskim w Lipsku (3,3 g srebra dziennie), Wiedniu (3,9 g), czy Augsburgu (4,3 g).

To przykłady na to, że jak się chce, to można pomierzyć to co stare, a nawet prastare i porównać z tym co mamy dzisiaj. Miarą wartości mogła być pszenica, było i jest nim nadal srebro, czy złoto, albo drogie kamienie, lecz dziś służy do tego przede wszystkim współczesny pieniądz „papierowy”. Z nim też są bardzo liczne kłopoty. Choćby taki, że kursy wymiany poszczególnych walut nie są wyznaczane przez mędrca, który posiadł każdy rodzaj wiedzy i przyswaja bez trudu miliardy informacji na sekundę, a przez rynki dalekie od doskonałości lub rządy, które są jeszcze mniej doskonałe niż rynki. Rynki to ludzie, którzy na nich operują: kupują, sprzedają, zamieniają jedno na drugie, nadrabiają miną, spekulują, czarują, oszukują… – jak to ludzie.

Słabości kursów walutowych niezbyt wiernie oddających rzeczywistość ekonomiczną można obchodzić posługując się koncepcją nazwaną parytetem siły nabywczej. Słowo parytet oznacza w tym wyrażeniu równość. Podstawowa zasada jest prozaiczna. Jeśli np. w Polsce 1 kg cukru kosztuje 3 zł, a na Węgrzech ten sam cukier 330 forintów, to parytet siły nabywczej mierzony cukrem wynosi 110, chociaż oficjalny kurs wymiany złotego na forinty wynosi 1 zł = ok. 140 forintów. Mierzony cukrem forint jest walutą mocniejszą i więcej można byłoby za niego kupić po wymianie po „cukrowym” kursie na złote.

Takimi rachunkami można objąć duży koszyk dóbr i usług, można je przenieść w przeszłość i rozciągnąć na niemal cały świat. Na tej zasadzie stworzona została miara zwana „dolarem międzynarodowym”, albo od nazwisk twórców po angielsku „Geary-Khamis dollar”. W badaniach historycznych najczęściej używa się międzynarodowego dolara z 1990 r. W literaturze fachowej oznaczany jest także skrótem „1990 Int$”.
 

Tu można już wrócić do pojęcia tworzenia „historii” przez ludzi. Profesor Angus Maddison oszacował, że suma dóbr i usług wytworzonych w 1 r. naszej ery wyniosła 105,4 mld dolarów międzynarodowych z 1990 r. W 2008 r. łączny światowy PKB wynosił niemal 51 000 mld tych samych dolarów, czyli 51 bilionów. Jak ten wielki skok rozłożył się w czasie? Z pewnością nie był równomierny, bo do roku 1000 światowy PKB urósł raptem o ok 10 mld dolarów międzynarodowych, do 116,8 mld tychże dolarów.

Jeśli wielkości produktu brutto wytwarzanego w świecie w każdym z dwóch tysięcy lat od narodzin Chrystusa doprowadzić do rzetelnej porównywalności z uwzględnieniem liczby ludności w każdym z tych lat, to okaże się, że ponad 28 procent „historii” wytworzonej od roku 1 do dzisiaj powstało w ciągu jednego tylko - XX stulecia. Pierwsza dekada obecnego, XXI wieku była jeszcze wydajniejsza. Jeśli całość dorobku ludzkości w formie produktów i usług wytworzonych w okresie 1 r. – 2010 r. przyjmiemy za 100, to w latach 2001-2010 powstało aż ponad 23 proc. z tej całości.

Zdrowy rozsądek poparty wiedzą nt. coraz liczniejszych z upływem czasu dokonań ludzkości w dziedzinie nauki i techniki sugerują zatem, że im dalej cofalibyśmy się w przeszłość, tym rozwój musiał być powolniejszy. Jeśli takie było przeczucie, to nie zawiodło.

Między rokiem 1000 a 1998 r. ludność świata wzrosła 22 razy a dochód przypadający na jednego człowieka żyjącego na ziemi (inaczej per capita) tylko 13-krotnie. Ludzie żyją dziś zatem z grubsza 13 razy lepiej niż za króla Chrobrego i cesarza Ottona III, ale mogliby żyć kiedyś znacznie godniej i wygodniej, gdyby nie spadała systematycznie jednostkowa wydajność ludzkości.

W czasach jeszcze dawniejszych wszystko odbywało się znacznie wolniej i dostojniej. W pierwszym tysiącleciu naszej ery (1 r. – 1000 r.) ludność świata wzrosła o jedną szóstą, a dochód na głowę nieznacznie zmalał. Ludzie mnożyli się dość niemrawo, choć to jedynie tzw. prawda statystyczna. Dzieci rodziło się dużo, ale mało z nich dożywało dorosłości. Ludzie dużo pracowali, lecz z bardzo marnym skutkiem. Poza tym, bardzo mało się uczyli. Z punktu widzenia ekonomisty nie umieli przede wszystkim łączyć drobnych środków w dyspozycji indywidualnych osób lub rodzin w większą całość, jak dziś robią to np. banki. Dlatego, jeśli ktoś nie był królem, czy pomniejszym feudałem z prawem do „łupienia” wasali, to nie miał pieniędzy i nie było jak i za co podejmować większych przedsięwzięć.

Ponieważ ludzi majętnych z prawem od Boga (lub przynajmniej od króla) do pomnażania majątku było w tzw. wiekach wczesnych i średnich stosunkowo mało, to pomijając rozbudowę zamków i wznoszenie świątyń, również inwestycji w dzisiejszym rozumieniu tego słowa było jak na lekarstwo. W tych okolicznościach stosowane metody uprawy ziemi, hodowli i wszelkiej innej wytwórczości nie były w stanie dorównać kroku przyrostowi naturalnemu, więc statystyczny człowiek przez pierwsze tysiąc lat po Chrystusie najzwyczajniej zbiedniał.

Wielka ekspansja w XX i jeszcze większa w XXI wieku była poprzedzona przyspieszeniem, które nabierało tempa z każdą kolejną dekadą XIX wieku. Symbolicznym znakiem postępu była maszyna parowa, która miała kilka dobroczynnych własności – zastępowała siłę ludzkich mięśni, siłę pociągową koni i energię wiatru. W wieku XIX możliwy był zatem zwłaszcza przyspieszony rozwój transportu, a to umożliwiało szerszy podział pracy i było coraz obfitszym źródłem wzrostu wydajności.
 

Efekty przyszły niemal błyskawicznie. Od 1000 r. do 1820 r. dochód przypadający na głowę statystycznego Ziemianina wzrósł o połowę, tzn. o 50 proc., choć liczba ludności podniosła się w tym samym okresie czterokrotnie. Powolny przyrost bogactwa szedł zatem wyłącznie na utrzymanie nowych gąb do wyżywienia. Dopiero od umownego roku 1820, kiedy ludność świata liczyła ponad 1 miliard zaczęło się wielkie przyspieszenie, które uprawnia do mówienia o epoce intensywnego rozwoju ludzkości. W 1998 roku dochód per capita były 8,5 razy większy niż w 1820 r., a liczba ludności wzrosła w przeciągu tego okresu „tylko” 5,6 razy. Ludzie działali zatem przez ostatnie dwa stulecia bardzo intensywnie i znacznie intensywniej niż dawniej i niegdyś.

Świat jest zróżnicowany i dlatego nie jest nudny. Księgami i książkami dlaczego ludzie z jednych kontynentów i regionów osiągali więcej niż mieszkańcy i narody z innych miejsc świata, można byłoby wypełnić dziesiątki sal wielkiej biblioteki. Na potrzeby syntetycznej do bólu prezentacji dotychczasowego dorobku ludzkości wystarczy zauważyć, że lżej pracuje się w klimacie umiarkowanym, a rozwojowi sprzyja wymiana dóbr, a zwłaszcza ludzi i myśli, o co względnie łatwo było na kompaktowym i dość przyjaznym kontynencie jakim jest Europa.

Europejczycy sądzą jednak, że zawsze byli pępkiem świata lub w bardzo bliskich okolicach epicentrum wszelkiej pomyślności. Ich przeświadczenie o własnej wyjątkowości wzmacnia wiedza, że najbogatszą dziś Amerykę trzeba było dopiero odkryć, a uczynił to ledwo przed pół tysiącem lat wytrwały Europejczyk – Krzysztof Kolumb. Dobre samopoczucie obywateli Starego Kontynentu nie ma jednak pokrycia w danych zebranych przez uczonych. Gdzie indziej byli kiedyś od nas znacznie lepsi.

W roku 1000 Azja, liczona w dodatku bez Japonii, wytwarzała ponad dwie trzecie tego co byli w stanie wytworzyć wszyscy ludzie na ziemi, a co dziś nazywane jest PKB, czyli „produktem krajowym brutto”. Na zachodnią Europę przypadało wówczas tego PKB zaledwie 9 proc. Udziału naszej (środkowo- wschodniej) części Europy naukowcy nie badali, bo nie było u nas wtedy niczego za wiele, a jak było, to wyjadały to coś (jak królowi Popielowi) myszy. Europa ma wszakże ważne usprawiedliwienie – była w kilkuwiekowym zastoju na skutek najpierw długiego upadania, a potem upadku cesarstwa zachodnio rzymskiego i wejścia po V stuleciu n.e. w okres tzw. wieków ciemnych.

W ujęciu bezwzględnym, bez przeliczania bogactwa na tzw. głowę ludności, po łacinie „per capita”, Azja była zasobniejsza jeszcze na początku XIX wieku. W 1820 r. udział Azji w globalnym PKB wynosił 56 proc., a Europy Zachodniej 24 proc. Potem jednak rozpoczął się triumfalny pochód tzw. zachodniej cywilizacji, która zaczęła się rozwijać również w Ameryce Północnej, a także w Australii razem z Nową Zelandią. Te nowe lądy i państwa z dominacją zachodnioeuropejskich wartości, kultury i podejścia do niemal wszystkiego, przyjmuje się określać jako western offshoots, czyli zachodnie odrośle. W 1998 r. udział Europy Zachodniej i western offshoots w globalnym PKB wynosił 46 proc., a całej Azji – 30 proc.

Zadziałał wielki postęp techniczny, który doprowadził do pierwszej rewolucji przemysłowej w XIX wieku. Są syntetyczne miary tego postępu. Wskaźnik udziału wartości maszyn i wszelkiego wyposażenia technicznego w PKB wzrósł np. w USA i Wielkiej Brytanii w okresie od 1820 r. do 1998 r. trzynastokrotnie. Japończycy dokonali jeszcze większego skoku w znacznie krótszym czasie, bowiem u nich licząc od 1890 r. do 1998 r. wskaźnik ten podniósł się prawie 14-krotnie.
 

Pług za koniem można prowadzić bez szkoły, lecz obsługa coraz wymyślniejszych maszyn wymaga kwalifikacji. Bez gruntownej wiedzy nie da się poza tym konstruować coraz wymyślniejszych urządzeń. Czynnikiem rozwoju jest zatem wykształcenie. Poziom edukacji wzrósł przez dwieście lat w Wielkiej Brytanii 8-krotnie, a w USA i Japonii aż 11-krotnie. I znowu widać jak na dłoni dlaczego centra rozwoju przeniosły się ze starej Anglii do Ameryki i na Daleki Wschód.

Nie ma rozwoju, gdy nie ma zbytu dla rosnącej góry towarów „wypluwanych” przez maszyny. Udział handlu zagranicznego w PKB Wlk. Brytanii zwiększył się od początków XIX wieku do końca XX wieku
z 3 do 25 proc., w Japonii z 0,2 proc. do 13 proc., a w USA, które mają wielki i najzamożniejszy na świecie rynek wewnętrzny z 2 proc. do 10 proc.


Tabela nr 1. Wielkość PKB na głowę ludności w okresie 1000-2001 w dolarach międzynarodowych
z 1990 r.

 
 
1000
 
1500
 
1820
 
1913
 
1973
 
2001
 
Zachód*
 
405
 
702
 
1109
 
3672
 
13 082
 
22 509
 
Azja bez Japonii
 
450
 
572
 
577
 
658
 
1126
 
3256
 
Ameryka Łac.
 
400
 
416
 
692
 
1481
 
4504
 
5811
 
Europa Wschodnia**
 
400
 
498
 
686
 
1558
 
5731
 
5038
 
Afryka
 
425
 
414
 
420
 
637
 
1410
 
1489
 
Cały świat
 
436
 
566
 
667
 
1525
 
4091
 
6049
 
Polska
 
b.d.
 
b.d.
 
b.d.
 
1739
 
5340
 
7400
*Zachód to w tym ujęciu: Europa Zachodnia + tzw. western offshoots (USA, Kanada, Australia i Nowa Zelandia + Japonia;
**w tym państwa tworzące kiedyś ZSRR
 
Źródło: Angus Maddison, “Contours of the World Economy and the Art of Macro-measurement 1500-2001” (dane w tabeli dotyczące Polski z pliku excel pn. “Historical Statistics of the World Economy:
1-2008 AD” autorstwa Angusa Maddisona

Tabela nr 2. PKB w okresie 1000-2001 w miliardach dolarów międzynarodowych z 1990 r.

 
  
1000
 
1500
 
1820
 
1913
 
1973
 
2001
 
Zachód
 
14,1
 
53,0
 
194,4
 
1 556,9
 
9 398
 
19 331
 
Azja bez Japonii
 
78,9
 
153,6
 
392,2
 
608,7
 
2 623
 
11 481
 
Ameryka Łac.
 
4,6
 
7,3
 
15,0
 
119,9
 
1 398
 
3 087
 
Europa Wschodnia
 
5,4
 
15,2
 
62,6
 
367,1
 
2 064
 
2 072
 
Afryka
 
13,7
 
19,3
 
31,2
 
79,5
 
550
 
1 222
 
Cały świat
 
116,8
 
248,3
 
695,3
 
2 732,1
 
16 024
 
37 194
 
Polska
 
 
 
 
 
 
Objaśnienia i źródła jak w Tabeli nr 1

 

  Tabela nr 3. Liczba ludności w okresie 1000-2001 w milionach osób

 
 
1000
 
1500
 
1820
 
1913
 
1973
 
2001
 
Zachód
 
35
 
75
 
175
 
424
 
718
 
859
 
Azja bez Japonii
 
175
 
268
 
679
 
926
 
2 140
 
3 527
 
Ameryka Łac.
 
11
 
18
 
22
 
81
 
308
 
531
 
Europa Wschodnia
 
14
 
30
 
91
 
236
 
360
 
411
 
Afryka
 
32
 
47
 
74
 
125
 
390
 
821
 
Cały świat
 
268
 
438
 
1 042
 
1 791
 
3 916
 
6 149
 
Polska
 
1,2*
 
4,0
 
10,43
 
26,7
 
33,33
 
38,64
 
*najwybitniejszy polski mediewista prof. Henryk Samsonowicz twierdzi, że 1,2 mln osób zamieszkujących w 1000 r. tereny Polski to wielkość zawyżona. Uważa, że przeciętna gęstość zaludnienia wynosiła wówczas ok. 4 osoby na 1 km2, a zatem na ziemiach pod panowaniem Bolesława Chrobrego mogło żyć ok. 1 mln osób, choć w rzeczywistości było ich jeszcze mniej.

Pozostałe objaśnienia i źródła jak w Tabelach nr 1 i 2
 
Kluczem do nowoczesnej gospodarki jest energia, bez której wszystko stoi. Wskutek postępu technicznego zużycie energii rosło na szczęście wolniej niż „umaszynowienie”. Zużycie energii per capita wzrosło od 1820 r. w USA trzykrotnie, w Wielkiej Brytanii – sześciokrotnie i w Japonii ośmiokrotnie.

Przypadek japoński to także skutek niewiarygodnej pogoni za gadżetami, a uwaga ta tylko częściowo jest żartobliwa. Zbyt dużo energii spalamy na rzeczy do niczego rozsądnego niepotrzebne. Z drugiej strony, najjaskrawszego potwierdzenia rewolucji w zakresie pozyskiwania energii dostarcza szacunek, że jeszcze w 1820 r. 94 proc. energii zużywanej przez ludzkość pochodziła z energii organicznej w postaci, drewna, chrustu, słomy, czy suszonych odchodów bydła, a w 1998 r. w 89 procentach źródłem energii były kopaliny mineralne.

Najmniej spektakularnym dorobkiem ludzkości w okresie zaraz po nowożytnym jest mniejsze obciążenie pracą. Spadło, ale nie tak jak chcieliby lub marzą bardzo liczni ludzie twierdzący dziś – w tych jakże świetlanych czasach, że są niesłychanie zmęczeni. Liczba godzin pracy przypadających na jednego mieszkańca Wielkiej Brytanii i Japonii spadła od 1820 r. o 40 proc., a w USA „jedynie” o 20 proc.  Okazuje się zatem, że najtrudniej uwolnić się od najzwyklejszego wysiłku.