Pokaż/Ukryj opcje strony

Cena zewnętrzna pieniądza

data publikacji: 20 Listopada 2015

autor: Dr Paweł Kowalewski, Instytut Ekonomiczny, Narodowy Bank Polski

Ceną zewnętrzną pieniądza jest kurs walutowy mówiący nam ile jednostek waluty krajowej (czyli polskich złotych) musimy wyłożyć na stół w celu nabycia wybranego pieniądza zagranicznego. Ten sam kurs mówi nam oczywiście o tym, ile należy też wyłożyć jednostek waluty zagranicznej za jednego złotego.

Jeśli jeden euro kosztuje cztery złote, to tym samy jeden złoty kosztuje 0,25 euro. Zatem cena zewnętrzna pieniądza (albo kurs walutowy) jest swoistego rodzaju narzędziem umożliwiającym zastosowanie zarobionych (zaoszczędzonych, wygranych na loterii, a także otrzymanych w spadku) przez nas złotych poza granicami naszego kraju. 

O ile o cenie wewnętrznej pieniądza (czyli stopie procentowej) decyduje najczęściej bank centralny, to w przypadku ceny zewnętrznej, proces ustalania jest dużo bardziej złożony.  Wcześniej rola banku centralnego przy ustalaniu ceny zewnętrznej pieniądza była pierwszorzędna, ale dzisiaj rola ta jest znacznie mniejsza. Dlaczego? Jest to na pewno efekt uboczny globalizacji. Podobnie jak ludzie, pieniądz podróżuje. Jest to nawet logiczne, bo ludzie przemieszczający się z jednego miejsca do drugiego, nie mogliby czynić tego bez pośrednictwa pieniądza. A w ostatnich latach mobilność ludzi znacznie wzrosła, co ma też przełożenie na proces kształtowania się ceny zewnętrznej pieniądza. Kiedyś ludzi obowiązywały granice, dzisiaj one powoli albo znikają, albo się zacierają. Wcześniej ludzie potrzebowali paszportu (aby wyjechać z kraju macierzystego) oraz wiz (aby jechać do kraju obcego). Nie inaczej było z pieniądzem. Rolę paszportu i wizy odgrywały zezwolenia dewizowe państwa (z którego się wywoziło pieniądz) oraz zezwolenie dewizowe państwa, do którego przywoziło się pieniądze. Ograniczenia te były bardzo surowe, a w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych w Polsce groziła nawet kara śmierci za handel walutami  obcymi (choć nigdy nie była wykonana).

Historia oraz przyczyny ograniczeń dewizowych są bardzo złożone i ich opis wyraźnie wychodzi poza ramy tego tekstu. W tym miejscu można tylko dodać, że wbrew obiegowej opinii, ograniczenia dewizowe nie były charakterystyczne dla gospodarek nakazowo rozdzielczych. Jeszcze do końca lat osiemdziesiątych (a nawet i początku lat dziewięćdziesiątych w niektórych przypadkach) były one na porządku dziennym w Europie Zachodniej. O ile ograniczenia te były niewygodne dla ludzi, tak zwiększały one wpływ banku centralnego na kształtowanie się ceny zewnętrznej pieniądza. Siła oddziaływania banku centralnego na cenę zewnętrzną emitowanego przez niego pieniądza zależy między innymi od tego, jak dużo tego pieniądza znajduje się w kraju macierzystym. Im więcej tego pieniądza pozostaje w kraju, tym większy wpływ banku centralnego na ustalanie jego ceny.

Dzisiaj zdecydowana większość ograniczeń przeszła do lamusa, choć nie można wykluczyć ich powrotu (podobnie jak obowiązku posiadania wizy i paszportu przez ludzi). Jedną z przyczyn porzucenia ograniczeń był fakt, że przegrywały one w wyścigu z technikami i zachowaniem ludzi mających na celu ominięcie tychże ograniczeń. Wystarczy podać przykład, które na pewno będą pamiętać osoby starsze. Kiedy ludziom przed 1989 r. odmówiono prawa sprzedaży i kupna walut obcych, ci natychmiast zaczęli się odwoływać do czarnego rynku (gdzie dokonywano nielegalnych transakcji po kursie ustalonym przez strony biorące udział w transakcji, a często wyznacznikiem ceny dolara było pół litra wódki).

W świecie zanikających ograniczeń dewizowych, banki centralne czasami jeszcze usiłują naprowadzać kurs walutowy za pomocą tzw. interwencyjnego skupu albo sprzedaży waluty obcych (za pomocą posiadanych rezerw denominowanych w walutach obcych). Uciekają się one jednak do tego rodzaju praktyk niezbyt często. Rzecz w tym, że ich potencjał do przeprowadzania interwencyjnego skupu/sprzedaży walut jest ograniczony. Nawet Chiny mające największe rezerwy walutowe na świecie muszą uważać, bo ich zasoby walut zagranicznych stanowią mniej niż dwie trzecie dziennego obrotu rynku walutowego (o czym za chwilę).

Stopniowy zanik ograniczeń dewizowych (przez stosunkowo dużą liczbę krajów) był jedną z przyczyn powstania światowego rynku walutowego. Jest on największym rynkiem na świecie, a jego dzienne obroty wynoszą ponad 5 bilionów dolarów. Aby zrozumieć jak duża jest to wielkość, wystarczy dodać, że PKB Polski wynosi zaledwie 550 mld dolarów USA, czyli ok. jednej dziesiątej obrotów światowego rynku walutowego. A z osiągalnych danych wynika, że naprawdę bardzo znikomy udział handlu polskim złotem odbywa się w Polsce. Zdecydowana większość tego handlu ma miejsce w Londynie. Dzieje się tak nie za sprawą przybyłych tam Polaków (handel detaliczny walutami obcymi stanowi margines całego handlu), ale za sprawą słynnego centrum finansowego City (które skupia znaczący proces wszystkich pieniędzy tego świata!!!).

Tak więc, od kliku dobrych lat, kurs złotego coraz mniej zależy od tego co uczyni bank centralny, a coraz bardziej jest uzależniony od zachowania się dużych inwestorów finansowych. Jak działa tak wielki rynek? Jego funkcjonowanie naprawdę nie różni się od pozostałych rynków. Jeżeli ci wspomniani inwestorzy będą się ubiegać o nabycie polskiego złotego, cena zewnętrzna złotego wzrośnie. A to oznacza, że za jednego dolara (czy euro) będziemy musieli mniej wyłożyć na stół w kantorze lub banku (albo to, że inwestorzy będą musieli więcej wyłożyć swoich środków na nabycie złotego). Zilustrujmy skutki aprecjacji, czyli wzmocnienia się złotego. Jeśli np. pod wpływem dobrych informacji dochodzących z polskiej gospodarki dochodzi do wzmocnienia złotego, to za jednego dolara będziemy płacić mniej, np. zamiast ok. 4 złotych, zapłacimy trzy złote. A ile inwestor zagraniczny będzie musiał zapłacić za złotego? Przed wzmocnieniem złotego, mógł nabyć polską walutę już za 25 centów (albo 100 złotych za 25 dolarów), a po wzmocnieniu jeden złoty kosztował go już ponad 33 centy (albo za 100 złotych musiał wyłożyć 33,33 dolary). Warto jednak tutaj podkreślić, że do wzmocnienia złotego może dojść nie tylko pod wpływem dobrych wieści gospodarczych z naszego kraju. Gorsze dane makroekonomiczne z USA mogą również dobrze wygenerować wzmocnienie się polskiej waluty.

Podobny proces będzie zachodzić przy osłabieniu złotego. W przypadku np. gorszych danych makroekonomicznych, inwestorzy będą chcieli wyzbyć się polskiego złotego, w efekcie czego jego kurs (cena zewnętrzna) będzie spadać. Jak długo kurs złotego będzie spadać i o ile? Proces spadku złotego będzie trwać tak długo, aż nowa (niższa) cena złotego zachęci inwestorów do ponownego zainteresowania się nabywaniem polskiego złotego. I tak, jeśli dolar kosztuje 4 PLN, to na skutek spadku wartości złotego, jego cena wzrośnie np. do poziomu 5 złotych. Będzie to też oznaczać, że inwestor zagraniczny będzie mógł nabyć złotego za 20 centów (albo 100 złotych za 20 dolarów). I jeszcze jedno. Podobnie  jak wzmocnienie złotego nie musi być zawsze związane z dobrymi danymi makroekonomicznymi, tak osłabienie złotego nie zawsze musi być pochodną złych danych gospodarczych z naszego kraju. Wystarczy, że pojawią się lepsze dane gospodarcze z USA, aby inwestorzy zaczęli wyprzedawać polską walutę (tym samym osłabiając ją) w celu nabycia coraz bardziej pożądanego dolara USA.

Co jeszcze wpływa na cenę zewnętrzną pieniądza?

W powyższym akapicie pisaliśmy o wpływie dobrych danych ekonomicznych na kondycję pieniądza, na podstawie czego możemy dedukować, że stan gospodarki ma ogromny wpływ na cenę zewnętrzną pieniądza. Niemniej są jeszcze inne czynniki odgrywające wcale niemniejszą rolę przy wyznaczaniu ceny pieniądza. Jednym z nich jest płynność. Znany brytyjski ekonomista David Bloom przyrównał płynność do … rozmiaru (szerokości i wysokości) drzwi. I to nie jest żart. Postarajmy sobie wyobrazić handel daną walutą do jednego dużego pomieszczenia, w którym znajdują się wszyscy inwestorzy posiadający polskiego złotego. Tak jak w każdym pomieszczeniu, tak i naszym fikcyjnym pomieszczeniu może wybuchnąć pożar. Na rynkach walutowych uosobieniem pożaru jest nagła wyprzedaż danej waluty spowodowana nie zawsze czynnikami ekonomicznymi (np. kryzys polityczny, czasem nawet kataklizm klimatyczny mogący się odbić negatywnie na gospodarce). Podobnie jak ludzie uciekający przed pożarem, tak samo inwestorzy wyprzedają walutę i szukają bezpiecznego schronienia. Tak jak w przypadku każdego pomieszczenia z osobami, skuteczność ucieczki przed pożarem zależy od szerokości i wysokości drzwi wyjściowych (albo awaryjnych). Im większe drzwi, tym sprawniejsza ewakuacja osób i mniejsze ryzyko na rynku. W naszym fikcyjnym pomieszczeniu, efektywność w jego opuszczaniu będzie uzależniona od stopnia płynności. Im większa płynność, tym mniejsze ryzyko poniesienia dotkliwych strat finansowych z tytułu spadku kursu walutowego. pieniądza.

Najszersze drzwi na rynkach finansowych mają waluty określane często mianem waluty bezpiecznego schronienia. Dlatego w okresie eskalacji napięć na rynkach walutowych (czy w ogóle na świecie), inwestorzy uciekają najczęściej za sprawą jego ogromnej płynności w dolara amerykańskiego. Innymi tego rodzaju walutami są  jen japoński oraz wspomniany w poprzednim artykule, frank szwajcarski. I skupmy się teraz właśnie na walucie Szwajcarii, bo jej przykład stanowi świetną klamrę umożliwiającą połączyć cenę wewnętrzną oraz zewnętrzną pieniądza w jedną całość.

Szwajcarski rynek finansowy jest na pewno jednym z najlepiej rozwiniętych rynków finansowych na świecie, ale daleko mu do płynności rynku amerykańskiej. Niemniej inwestorzy lgną do tego rynku w chwilach dużych napięć na świecie. Jednym z powodów tej migracji do franka jest jego niska cena wewnętrzna. Wydawałoby się to nielogiczne, bo inwestorzy powinny uciekać do walut o wysokim oprocentowaniu. Ale inwestorzy w chwilach napięcia zupełnie inaczej patrzą na wysokość stóp procentowych. Ich wysokość postrzegają jako pochodną inflacji w danym kraju. Innymi słowy, wyższe stopy procentowe są pochodną najczęściej wysokiej inflacji (która uszczupla wartość naszych zasobów pieniężnych) i odwrotnie. Dlaczego?

Otóż, w czasach prosperity inwestorzy lubią lokować pieniądze w krajach o wyższej inflacji. Liczą po cichu, że mający miejsce w tych krajach wyższy wzrost gospodarczy zrekompensuje im (i to z nawiązką) wyższą inflację. W dobie kryzysu inwestorzy jednak odchodzą od tej strategii.

Niska cena wewnętrzna pieniądza w Szwajcarii jest efektem tego, że Narodowy Bank Szwajcarii jak żaden inny bank centralny na świecie chroni swój pieniądz przed zabójczymi skutkami nadmiernej inflacji. Dlatego też inwestorzy wręcz prześcigają się w chwilach napięć finansowych (a tych ostatnich nie brakowało na przestrzeni ostatnich ośmiu lat) w staraniach o jak najszybsze nabycie jak największej ilości franków szwajcarskich. To właśnie za sprawą ich zachowania, wartość franka (mierzona w polskich złotych) uległa w ostatnich siedmiu latach niemalże podwojeniu i stała się przyczyną dużych kłopotów wielu polskich frankowiczów.

To nie koniec naszych rozważań na temat pieniądza. Teraz kiedy poznaliśmy już pojęcie ceny wewnętrznej i zewnętrznej pieniądza, czas najwyższy przejść do kolejnego pojęcia: wartości pieniądza. Zwłaszcza wartości nabywczej pieniądza, a o tej wartości już w następnym artykule.