Pokaż/Ukryj opcje strony

Historia życia na kredyt

data publikacji: 19 Stycznia 2004

autor: Marcin Szaleniec

Ludzie pożyczają pieniądze. Oczywiście, nie tylko pieniądze. I to od niepamiętnych czasów. Już pięć tysięcy lat temu istnieli odpowiednicy współczesnych bankierów... Ba, w mieście Ur funkcjonowało nawet starożytne Wall Street!
            

Cztery tysiące lat temu starożytne miasto Ur było regionalnym centrum finansowym. Dwa tysiące lat temu mała wyspa Delos stała się głównym źródłem kredytu dla handlu międzynarodowego. Na oprocentowanych kredytach swoją świetność zbudowała włoska Florencja i holenderski Amsterdam. Pożyczone pieniądze umożliwiały zmiany na tronie Persji. Kredyty sfinansowały angielską rewolucję finansową. Pożyczki obaliły feudalne przywileje w Japonii... 

Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie ludzie zaczęli pożyczać sobie nawzajem dobra lub pieniądze dla zysku, a więc w celu komercyjnym - "na procent". Kontrakty finansowe są przynajmniej tak stare, jak pismo, którym je dokumentowano. Niektórzy twierdzą nawet, że pismo zostało wynalezione po to, żeby można było dokumentować transakcje finansowe... 

Na początku wyglądało to zapewne tak, że mieszkańcy neolitycznych osad pożyczali sobie wzajemnie narzędzia, zwierzęta robocze, a w razie potrzeby - żywność. Zwrot pożyczki następował w naturze, niekoniecznie przy pomocy tych samych dóbr. Ponieważ w małych wioskach wszyscy się znali, nie było potrzeby, aby pożyczki poświadczać pisemnym kontraktem. Co więcej, od sąsiadów prawie na pewno nie żądano odsetek - tak samo jak i dziś nikt nie żąda procentu od użyczonego koledze długopisu.

Zupełnie inaczej było w dużych miastach, takich jak Uruk w południowej Mezopotamii, które już pięć tysięcy lat temu było zamieszkane przez 10 tys. ludzi. Siłą rzeczy, nie wszyscy znali się osobiście i z całą pewnością nie wszyscy byli przyjaciółmi. W ruinach Uruk odnaleziono gliniane żetony w kształcie przedmiotów powszedniego użytku - garnki, bochny chleba i zwierzęta. Archeolog Denise Schmandt-Besserat wysunął hipotezę, że żetony symbolizowały prawdziwe garnki (np. z zawartością), bochenki, owce i kozy. Przechowywano je w zamkniętych, glinianych kopertach, zwanych bullami. Bulle takie działały jak świnka skarbonka - aby zobaczyć, co jest w środku, trzeba je było rozbić. Żeby nie robić tego za często, starożytni "księgowi" żłobili na ich powierzchni specjalne oznaczenia wskazujące, ile i jakie żetony są w środku. Z czasem "naskrobane" symbole przerodziły się w pismo klinowe.

Skąd tak naprawdę wziął się pomysł, aby pobierać procenty od pożyczek? Odpowiedź kryje się w starożytnych językach. Po sumeryjsku oprocentowanie to "mash", takim samym słowem określa się cielęta. Podobnie jest w grece, w której słowo "tokos" oznacza zarówno odsetki jak i krowy - jałówki. Po egipsku "ms" to procent lub ... urodzić. Jak widać, jeśli ktoś pożyczał krowę, powinien ją zwrócić z razem przychówkiem. Nie inaczej było, jeśli ktoś pożyczał srebro na zakup krowy. Starożytni uważali jak widać, że pieniądz może się rozmnażać... niczym zwierzęta.

W ruinach Ur, miasta rodzinnego Abrahama, odnaleziono archiwum antycznego finansisty Dumuzi-gamila. Można się z niego dowiedzieć, że w 1796 roku p.n.e. Dumuzi-gamil i jego partner Shumi-abya pożyczyli od niejakiego Shubi-abuna około pół kilograma srebra. Termin spłaty przypadał za pięć lat przy rocznym oprocentowaniu około 3,78 proc. Wszyscy ci dżentelmeni mieszkali w centrum Ur, które z powodu ogromnej liczby glinianych tabliczek dokumentujących podobne transakcje jest nawet określane jako starożytne Wall Street. Przy okazji, Dumuzi-gamil bywał nie tylko dłużnikiem - z jego archiwum wynika, że udzielał on krótkoterminowych kredytów rybakom i rolnikom, którym zabrakło na podatki. Wymagał przy tym aż 20 proc. odsetek miesięcznie. Oczywiście, w przeliczeniu na współcześnie stosowane kategorie. Tak naprawdę w Ur nie używano odsetek liczonych jako część kapitału tylko dopisywano pewną ustaloną kwotę co miesiąc. Poza, nazwijmy rzecz po imieniu, lichwą, Dumuzi-gamil udzielał też kredytów na przedsięwzięcia handlowe, w tym na morskie wyprawy handlowe do portów nad Zatoką Perską. Co ciekawe, ponieważ za jego czasów nie wynaleziono jeszcze monet, a kawałki metalu były niewygodne w użyciu, wiele transakcji kredytowo- depozytowych zawieranych w Ur i innych miastach Babilonii i istniało tylko w formie zapisów księgowych na glinianych tabliczkach.

Pożyczanie na procent, choć powszechne, nie zawsze było dobre widziane. W Biblii możemy znaleźć skargę proroka Jeremiasza, który stwierdza, że wszyscy mu złorzeczą, chociaż on od nikogo ani nikomu nie pożycza (Jr 15,10). Gdyby więc pożyczał, uznałby złorzeczenia za uzasadnione. Nie oznacza to jednak, że starożytni Izraelici zakazywali udzielania kredytów w ogóle.. Tyle, że od kredytów udzielonych najbiedniejszym nie wolno było pobierać odsetek. - "Jeśli pożyczysz pieniądze ubogiemu z mojego ludu, żyjącemu obok ciebie, to nie będziesz postępował wobec niego jak lichwiarz i nie karzesz mu płacić odsetek" - (Wj. 22,24). Istnienie takiego zakazu dowodzi zarazem, że plemiona hebrajskie znały kredyt już od czasów najdawniejszych. Prawodawcy patrzyli nań jednak niechętnie. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy, że wszystkie długi powinny być darowane co siedem lat (15,1-6). Jeśli tego rzeczywiście przestrzegano, hebrajscy bankierzy unikali pewnie udzielania długoterminowych pożyczek! 

Zdarzało się też, że o anulowaniu wszystkich długów decydował władca. Tak stało się w mezopotamskim Ur w 1788 roku przed naszą erą, kiedy to babiloński król Rim-Sin wydał edykt o darowaniu wszystkich należności. Dla finansisty Dumuzi-gamila i jemu podobnych oznaczało to bankructwo. Po tym ciosie Starożytne Wall Street już nigdy się nie poniosło. Takie przymusowe oddłużenia nie były niczym nadzwyczajnym w tamtych czasach, a i dziś podobne pomysły kołaczą w głowach niektórych polityków. Czasem jednak kredytów potrzebowali też sami władcy. Przekonał się o tym perski książę Ochus, który zbuntował się przeciwko swojemu przyrodniemu bratu i zarazem królowi Persji Sogdianusowi. Aby sfinansować kampanię wojenną, Ochus zapożyczył się u bankierów z mezopotamskiego klanu Murashu, oddając im w zastaw ziemie swoich zwolenników. Ochus zwyciężył i wstąpił na tron Persji jako Dariusz II, zapoczątkowując długi szereg władców finansujących wydatki wojenne kredytem. Zapłacili za to inni - część popierających Ochusa arystokratów nie zdołała spłacić długów i utraciła zastawione majątki na rzecz braci Murashu. 

Od mieszkańców Bliskiego Wschodu umiejętności finansowe przejęli Grecy. Konieczność finansowania morskich wypraw handlowych sprawiła, że już w V wieku p.n.e. w Atenach pojawił się, rozwinięty jak na owe czasy, rynek finansowy. Zazwyczaj oprocentowanie kredytów na zamorskie wyprawy sięgało 25 proc., była to jednak działalność dość ryzykowna - jeżeli statek zatonął, dłużnik nie musiał zwracać pieniędzy. Jednym z najbardziej znanych finansistów owego czasu stał się były niewolnik Pasion. Fachu bankiera wyuczył się pracując w kantorze swoich panów, Antystenesa i Archestratusa. Nauka okazała się skuteczna, Pasion zarobił na siebie i wykupił się z niewoli, przejął firmę swoich byłych właścicieli i w krótkim czasie stał się milionerem. Pożyczał nie tylko pieniądze, ale nawet ubrania, luksusowe meble i naczynia na przyjęcia. Chociaż urodził się jako niewolnik, uzyskał ateńskie obywatelstwo i był przyjmowany w najlepszych ateńskich salonach - pieniądze więc, jak się o tym wielokrotnie przekonano, już dawno temu miały moc łamania barier społecznych...

Niewolnik Pasion stał się obywatelem, ale niektórzy pechowi dłużnicy zmieniali swój status w odwrotnym kierunku. Zdarzało się, że ludzie, którzy nie mogli spłacić długu, byli sprzedawani w niewolę. W IV na początku piątego wieku problem ten przybrał takie rozmiary, że ateński tyran (to nazwa stanowiska) Solon ogłosił nieważność wszystkich długów i zwrócił wolność wszystkim, którzy popadli w niewolę z powodu długów. Zobowiązał się ponadto do odkupienia tych, którzy zostali już sprzedani za granicę (informuje o tym serwis internetowy Uniwersytetu Stanu Washington). 

Finansowym centrum Hellady stały się jednak nie Ateny, ale Delos, mała wyspa na Morzu Egejskim. Zamiast bogactw naturalnych i żyznych pól uprawnych, Delos miała tylko dwa atuty: dogodny port i świątynie Apolla. W tamtych czasach świątynie uważano za bezpieczne schronienie dla oszczędności. Przedsiębiorczy kapłani wykorzystali to, przyjmując depozyty i udzielając kredytów. Z czasem na Delos pojawiła się też świecka konkurencja. W odróżnieniu od ateńskich bankierów w rodzaju wspomnianego wyżej Pasiona, delijscy finansiści angażowali się nie tylko w transakcje gotówkowe. Często udzielano kredytów za pomocą pisemnych instrukcji przypominających późniejsze weksle. Jako śródziemnomorskie centra finansowe liczyły się też przez pewien czas Korynt i Kartagina. Karierę tych miast brutalnie przerwali jednak rzymscy legioniści. Sprytni, a przede wszystkim pozbawieni politycznej ambicji, bankierzy z Delos przetrwali, a ich banki stały się modelem dominującym w Imperium Rzymskim. Tyle tylko, że Rzymianie, jako ludzie prości i konkretni, nie ufali nowomodnym instrumentom finansowym oferowanych im przez delijskich "yuppies", toteż ci ostatni chcąc nie chcą musieli udzielać kredytów wyłączne w tradycyjnych srebrnych monetach.

Wraz z upadkiem Imperium Romanum upadła także i rzymsko - grecka bankowość. Na ogromnych obszarach rządzonej przez barbarzyńców Europy dominowała gospodarka naturalna, w której nie było miejsca na oprocentowane kredyty. Finansowaniem nielicznych przedsięwzięć na większą skalę zajmowali się głównie Żydzi i Syryjczycy. Monopolizacja obrotu finansowego przez niechrześcijan spotkała się z - delikatnie mówiąc - niechętnym stosunkiem chrześcijańskich filozofów i prawodawców do idei pożyczania na procent. Ale za darmo nikt na większą skalę nie chciał pożyczać. 

Pobieranie procentu potępiali dwaj najwięksi myśliciele wczesnego chrześcijaństwa - św. Augustyn i św. Tomasz z Akwinu. Ten pierwszy bezwzględnie zakazywał pożyczania innym za odsetki, uważając wręcz taką działalność za złodziejstwo. Tomasz był nieco mniej pryncypialny, dopuszczał możliwość pożyczania dóbr trwałych w zamian za czynsz dzierżawny. Warunkowo zgadzał się na pobieranie procentu rozumianego jako wynagrodzenie za ryzyko utraty pożyczonego kapitału. Późniejsi autorzy jeszcze bardziej złagodzili postawę wobec oprocentowanych pożyczek, potępiając tylko lichwę, czyli oprocentowanie nadmierne. Więcej na temat chrześcijańskich poglądów na kredyty i inne zagadnienia ekonomiczne można przeczytać w dziale Historia Myśli Ekonomicznej. W szczególności polecamy następujące artykuły: Bogu co boskie, cezarowi co cezara - myśl ekonomiczna pierwszych chrześcijan, Ekonomia sprawiedliwa - poglądy św. Tomasza z Akwinu, Wpływ protestantów na kształtowanie kapitalizmu i "Czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się stąd nie spodziewając" - Kościół katolicki o pożyczkach.

Niechętny stosunek Kościoła do oprocentowania może tłumaczyć fakt, że koszt kredytu na cele konsumpcyjne sięgał w średniowieczu... 60 proc.! Odradzająca się gospodarka europejska stworzyła jednak nowy popyt na pożyczki. W XI wieku rycerstwo tłumnie wyruszyło na wyprawy krzyżowe. Krucjaty oferowały możliwość uzyskania odpuszczenia grzechów, ale też sporo kosztowały. Rycerze nie zawsze mieli wystarczająco dużo gotówki aby sfinansować transport na Bliski Wschód, korzystali więc z usług włoskich bankierów. Z czasem jednak niektórzy z nich sami opanowali sekrety finansów. 

Co pobożniejsi francuscy krzyżowcy założyli w XII stuleciu zakon, który nazwano Chrześcijańskim Bractwem Świątyni Salomona albo krócej - templariuszami. Po wygnaniu krzyżowców z Palestyny templariusze przenieśli się do Francji. Dzięki licznym darowiznom posiadali ogromne środki finansowe, które pomnażali, pożyczając je na procent. Zgromadzili ogromne bogactwa, co zresztą źle się dla nich skończyło. Na majątek zakonników zwrócił uwagę zadłużony król francuski, Filip Piękny. Swoje problemy budżetowe rozwiązał oskarżając templariuszy o herezję i liczne dewiacje, w tym seksualne. Po sfingowanym procesie majątek zakonu został skonfiskowany, a jego "kierownictwo" spalone na stosie.

Marny los templariuszy nie odstraszył innych potencjalnych pożyczkodawców. Najwięcej banków powstało w położonej w północnych Włoszech Lombardii. Od nazwy tego rejonu pochodzi zresztą współczesna nazwa - "lombard". Północnowłoskie miasto Florencja stało się międzynarodowym centrum kredytowym, podobnie jak w przeszłości chaldejskie Ur i greckie Delos. Jej waluta, floren, pełniła pod koniec średniowiecza i w pierwszych wiekach nowożytności rolę podobną jaką dziś na świecie pełni dolar amerykański. Florenckie banki miały filie w Europie, Azji i Afryce. Do ich usług nierzadko musieli uciekać się nadmiernie rozrzutni monarchowie. Nawet jednak od tych ostatnich podejrzliwi bankierzy żądali zabezpieczeń. Fryderykowi II, ostatniemu cesarzowi z dynastii Stauffów, zdarzyło się nawet zastawić własny tron, jeden z papieży oddał zaś w zastaw tiarę. Mimo to pożyczanie monarchom wiązało się z pewnym ryzykiem - w 1342 roku angielski król Edward III, zadłużony na 1,5 miliona florenów ogłosił niewypłacalność, doprowadzając tym samym do bankructwa kilka ważnych banków. Trzeba jednak przyznać, że Edward anulował jedynie swoje długi, w odróżnieniu od swojego babilońskiego "kolegi" po fachu, o którym opowiadaliśmy wcześniej.

W XV wieku europejskie centrum bankowości przeniosło się z Włoch do Holandii, zaś na największe centrum kredytu wyrósł Amsterdam. W związku z odkryciami geograficznymi i podbojami kolonialnymi dynamicznie rozwijał się handel międzynarodowy, rosło więc zapotrzebowanie na kredyt konsumpcyjny. Bankierzy z Amsterdamu znaleźli też inne źródło zarobku - udzielali pożyczek państwom, między innymi Anglii, Szwecji, Rosji i Polsce. Jak się okazało, rządy były bezpieczniejszym dłużnikiem niż kupcy, którzy ryzykowali pożyczone pieniądze w zamorskich eskapadach. Tak zostało jest po dziś dzień - im więcej w obiegu pojawia się obligacji skarbu państwa, tym trudniej jest uzyskać kredyt prywatnym przedsiębiorcom.

Podczas gdy Holendrzy najchętniej zajmowali się finansowaniem deficytu budżetowego okolicznych królestw, ich angielscy koledzy pożyczali kapitały właścicielom kopalni i manufaktur. W konsekwencji to w Anglii i Szkocji, a nie w Holandii, dokonała się rewolucja przemysłowa. Londyn odebrał Amsterdamowi pozycję głównego centrum pożyczkowego świata. Zanim jednak na Wyspach powstały pierwsze banki, ich rolę pełnili złotnicy. Przyjmowali oni w depozyt złoto, dzięki czemu dysponowali nadwyżkami kapitału, który mogli przeznaczyć na pożyczki. Przynosiło im to dodatkowe dochody, z czasem na tyle wysokie, że mogli zrezygnować z pracy złotnika i zająć się tylko pośrednictwem finansowym.

Działalność kredytowa rozwijała się świetnie nie tylko w Europie. W feudalnej Japonii źródłem kapitału byli tradycyjnie kupcy, zajmujący w tym kraju najniższy szczebel w hierarchii społecznej (nawet poniżej chłopów). Początkowo samuraje najchętniej brali długoterminowe kredyty pod zastaw spodziewanych dochodów z ryżu, oprocentowane na 10-20 proc. rocznie. Uzyskania pożyczki nie ułatwiał jednak fakt, że kredytobiorcy byli silniejsi i zawsze mogli odmówić spłaty. Do tego władze dość często ogłaszały dekrety o obniżce lub anulowaniu długu. Na przykład w połowie XVIII wieku szogun Yoshimune wydał szereg ustaw unieważniających długi zaciągnięte na poczet samurajskich pensji wypłacanych w ryżu, jeśli cena tego zboża spadła. Bywało gorzej - w 1705 roku bankier Tatsuguro Yodoya, właściciel połowy Osaki, stał się wierzycielem tak wielu daimio (książąt), że szogun uznał za zasadne anulować długi jego dłużników i skonfiskować jego majątek. 

Samurajów, którzy odmawiali zwrotu pożyczki powołując się na takie dekrety lub na prawo silniejszego czekała jednak niemiła niespodzianka - wieści roznosiły się szybko i wkrótce nikt nie chciał im pożyczać. Wkrótce rozrzutni wojownicy nauczyli się szanować obrotnych finansistów. Ba, z czasem status tych ostatnich w społeczeństwie tak się poprawił, że zezwolono im nawet na noszenie miecza. Ale tylko jednego - samuraje nosili tymczasem dwa.


Wróćmy do Europy. XIX wiek to błyskawiczny rozwój bankowości.. Najbardziej znani bankierzy tych czasów to Rotschildowie. Posiadali filie w Paryżu, Neapolu, Wiedniu i oczywiście w Londynie. Ich centrala znajdowała się we Frankfurcie nad Menem. Londyńska filia Rotschildów wyemitowała w latach 1818-1832 obligacje na sumę 25 mln funtów, czyli więcej, niż wynosiły wszystkie pożyczki zaciągnięte przez giełdę w Amsterdamie w XVII stuleciu. Oczywiście, te międzynarodowe instytucje finansowe zajmowały się nie tylko udzielaniem kredytów. Od tego się jednak zaczęło. 

Wysoka podaż kredytu pod koniec XIX wieku obniżyła stopy procentowe. Korzystali z tego ludzie zajmujący się tak zwanym grynderstwem, czyli zakładaniem przedsiębiorstw finansowanych jedynie kredytem. Przedsiębiorstwa takie często upadały pociągając za sobą także banki. Prowadziło to nawet do poważnych kryzysów finansowych. Jeśli bowiem gdzieś roznosiła się pogłoska, że jakiś bank ma kłopoty jego klienci tłumnie zbiegali się, aby odebrać swoje depozyty. Wtedy jednak okazywało się, że pieniądze, które oddali bankowi na przechowanie były już pożyczone - zazwyczaj banki nie trzymają przecież w skarbcach pieniędzy wystarczających na wypłatę wszystkich depozytów na żądanie, bo w normalnej sytuacji nieprawdopodobne jest by wszyscy depozytariusze jednocześnie chcieli wycofać wkłady.

Przełom stuleci to czas pojawienia się małych spółdzielczych kas pożyczkowo- depozytowych, obsługujących rzemieślników i rolników. W Niemczech zakładał je Friedriech W. Reiffeisen, w Polsce w jego ślady poszli ksiądz Piotr Wawrzyniak w Wielkopolsce, Marcelina Dąbrowska na Podolu i Franciszek Stefczyk w Galicji. Największy sukces osiągnęły tzw. kasy Stefczyka. Kasy były alternatywą dla banków. Nie konkurowały z nimi na polu skomplikowanych operacji finansowych, najczęściej po prostu przyjmowały depozyty i udzielały pożyczek. Dziś do ich tradycji nawiązują kasy pożyczkowo- depozytowe SKOK.

Przez tysiące lat kredyty pozwalały na zdobycie środków finansowych na inwestycje i przedsięwzięcia handlowe. Służyły też do zakupu dóbr konsumpcyjnych, choć w takim wypadku często wpędzały kredytobiorców w kłopoty. Z tej przyczyny nie zawsze były mile widziane przez rządy. Dwudziesty wiek to czas ekspansji międzynarodowych instytucji kredytowych, kryzysów zadłużenia całych państw i rządów. Ale to już zupełnie inna historia.