Pokaż/Ukryj opcje strony

Co i kto odpowiada za kryzysy w gospodarce

data publikacji: 10 Lutego 2017

autor: Jan Cipiur

zdjęcie

Ludzie i ludzkość uczą się wprawdzie na błędach, ale przychodzi to im niezwykle powoli. Dlatego nie ma roku, a nawet dnia, żeby gdzieś w świecie nie powtarzano słowa KRYZYS.

Od stuleci, gdy pojawiają się symptomy załamania i wreszcie upadku gospodarczego, odbywa się rytuał wskazywania winnych. Szukamy ich wśród finansjery, w zarządach banków, w gabinetach polityków, w knowaniach złych sił za granicą…

Do każdego kryzysu prowadzą inne przyczyny, ale głównym powodem są codziennie popełniane błędy i ludzka zachłanność. Najważniejszym czynnikiem załamań gospodarczych jest dążenie do bogacenia się drogą na skróty – kosztem innych i bez względu na skutki takiego postępowania. Mówi się wprawdzie ziarnko do ziarnka, aż zbierze się miarka, lecz już dawno zdano sobie sprawę, że tego typu sposób gromadzenia bogactwa dla wielu osób wydaje się zbyt powolny. Trwa zatem bez ustanku poszukiwanie metody, która pozwoli od razu napełnić miarkę pełną garścią.

Cztery wieki przed narodzinami Chrystusa panował w greckich wówczas Syrakuzach, na dzisiejszej Sycylii, władca o imieniu Dionizjusz I. Jak niemal każdy tyran, popadł ze swym państwem w długi. Pomyślał i… wprowadził znany do dziś podatek gruntowy. Ponieważ ten nie zapełnił skarbca jak trzeba, postanowił nakazać poddanym przekazanie mu wszystkich posiadanych przez nich monet. Obiecał, że zwróci je „co do grosza” bez zbędnej zwłoki, ale dla pewności pogroził im śmiercią za niewykonanie rozkazu. Lud, chciał, nie chciał, posłuchał, a Dionizjusz obietnicę spełnił i pieniądze oddał, tyle że wcześniej polecił mincerzom przekucie monet – zamiast „jedynki” miały teraz na awersie „dwójkę”!

Niby drobiazg, ale jaki skuteczny. Dionizjusz podwoił wartość pieniędzy w obiegu, spłacił bez trudu długi, a w efekcie wywołał inflację, która zjadła sporą część bogactwa swych poddanych. To już mniej ważne, bo przecież nie dlatego ma swoje miejsce w historii gospodarczej świata.

Podobnych zdarzeń i procesów było w historii bez liku, ale rządzący i ich współobywatele nie byli i nie są do dziś w stanie wyzwolić się z przekonania, że „tym razem jest inaczej”. Fraza ta jest tytułem głośnej książki Carmen Reinhardt i Kennetha Rogoffa („This Time is Different. Eight Centuries of Financial Folly”) o ośmiu stuleciach kryzysów finansowych w świecie. Okazuje się, że za każdym razem jest tak samo, a zmianie ulegają jedynie czynniki prowadzące do kryzysu.

Od kryzysu do kryzysu z krótką przerwą na oddech

Licząc od roku 1800 do dzisiaj i biorąc pod uwagę kilkadziesiąt państw (i dawnych obszarów kolonialnych), tylko króciutkie „cudowne lata” dwóch dziesięcioleci poprzedzających I wojnę światową były okresem wolnym od wielkich kryzysów. Historia „przed i po” to czas nierównowagi przeradzający się ostatecznie w mniej lub bardziej potężne załamania finansowe i gospodarcze.

W najbardziej lapidarnym ujęciu, za kryzysami stoi zawsze jakaś nierównowaga. A to ktoś, wzorem Dionizjusza postanowił wprowadzić do gospodarki więcej sztucznego pieniądza, a to setki galeonów ze srebrem z Ameryki zaczęły zawijać w XVI wieku do portów w Hiszpanii, powodując nie tylko inflację, ale także utratę wszelkiej konkurencyjności towarów hiszpańskich w Europie. Nagle, ni stąd, ni zowąd, ludzie są w stanie uwierzyć, że powszechne bogactwo można zbudować na cebulkach tulipanów. W 1635 r. ktoś zapłacił za 40 cebulek 100 tysięcy guldenów, za co można było kupić wtedy w Holandii (gdyby było tyle na jednorazową sprzedaż) ponad 3300 tłustych świń. Zimą 1637 r. bańka tulipanowej spekulacji pękła z hukiem i tysiące ludzi poszło z torbami, choć całkiem spora garstka pozostała krezusami.

Kryzys 2007-2009 wywołali politycy pospołu z bankami

Dziesięć lat temu po raz setny, a może i tysięczny uwierzono, że tym razem już z całą pewnością będzie inaczej. Znów więc pojawiła się wizja powszechnego szczęścia. Tym razem złożył ją rząd amerykański, a potwierdzali kongresmeni, zachęcając wielkie, związane z rządem, fundusze mieszkaniowe do finansowego wspierania banków (w formie gwarancji i skupowania papierów wartościowych opartych na kredytach hipotecznych) w udzielaniu Amerykanom kredytów mieszkaniowych. W konsekwencji urosła góra kredytów tzw. subprime, czyli przyznanych osobom, których zamożność i bieżące dochody stawiały pod znakiem zapytania lub wręcz wykluczały możliwość pomyślnej spłaty zadłużenia. Kryzys na rynku nieruchomości był od pewnego momentu nie do uniknięcia, ale głosy przestrogi nie przebijały się przez zachęty rzeszy „optymistów”.

W powszechnym odczuciu winne kryzysowi finansowemu z 2007-2009 były banki, lecz u źródła była jednak przede wszystkim niefrasobliwość, nieroztropność i nieodpowiedzialność sprawujących władzę wykonawczą i ustawodawczą. Dopełnieniem przyczyn ostatniego kryzysu gospodarczego świata zachodniego był niesamowity wzrost ruchu na rynkach finansowych. Nasilił się także dzięki tzw. derywatom, a więc kreowanym na potrzeby chwili nowatorskim instrumentom finansowym. Pełną – niebezpieczną – naturę tych instrumentów pojmowali jedynie ich twórcy i wąskie grono świetnie przygotowanych ekspertów. Katastrofa była nieunikniona tak, jak nieunikniony byłby wypadek kierowcy, który pierwszy raz w życiu wsiadł do bolidu i pojechał w wyścigu Formuły 1.

Trudnościom w ocenie sprzyja ogrom światowej gospodarki

Całkowity ruch pieniądza jest nie do obliczenia, także z powodu transakcji w szarej strefie i na czarnym rynku. W miarę dokładnie można natomiast oszacować transakcje na rynkach walutowych (forex). Co trzy lata badania takie przeprowadza Bank Rozrachunków Międzynarodowych (BIS), czyli bank wspierający działalność banków centralnych na rynkach światowych. W kwietniu 2016 r. dzienny obrót walutami miał wartość 5,1 biliona dolarów, czyli 5100 miliardów dolarów. Roczny globalny obrót walutowy ocierał się zatem w minionym roku o pułap 1 900 000 000 000 000 dolarów, czyli 1900 bilionów dolarów, albo 36 razy więcej niż wynosi łączny PKB najzamożniejszych państw będących członkami OECD.

Wielkość ta pokazuje, jak skomplikowany i rozbudowany jest świat zglobalizowanej gospodarki, co sprawia z jednej strony, że kryzysy lokalne łatwiej przekształcać się mogą w światowe, a z drugiej uświadamia, jak trudno uzyskać wyraźny obraz wszystkich odstępstw od przyjętej normy, naprężeń, nierównowag, a czasem wręcz bezeceństw gospodarczych. Uwidacznia także, że same banki, jakkolwiek by nie były potężne i majętne, nie są w stanie samodzielnie sterować pojedynczymi gospodarkami, a już tym bardziej ich globalnym agregatem.

Trzy ramiona

Usystematyzowanie przyczyn i rodzajów nierównowag stojących za kryzysami jest dziś zadaniem karkołomnym. Jakby to jednak nie było trudne, próbować trzeba.

Kiedyś, jeszcze na przełomie XVIII/XIX wieku, gdy władcy lub ich namiestnicy postrzegali gospodarkę niemal wyłącznie jako źródło podatków, nie interesując się, jak ta działa i czy coś bolesnego jej przypadkiem nie dolega, podstawową przyczyną kryzysów były nadprodukcje. Odpowiadali za to przedsiębiorcy – bez wyczucia bieżącej sytuacji i nie widzący niedalekiej przyszłości – oraz finansujący ich bankierzy liczący, że kto jak kto, ale ich klienci są zawsze wypłacalni.

Od przełomu XIX/XX wieku są trzy siły oddziałujące na siebie w trójkącie, pytanie jak bardzo nierównoramiennym. Jego pierwsze ramię to władza polityczna wpływająca na relacje makroekonomiczne (a czasem także mikroekonomiczne). Drugie i trzecie ramię to banki oraz rynek tworzony przez tandem przedsiębiorstw i ich pracowników (konsumentów). Obraz ten jest rzecz jasna uproszczony, ale gdyby go malować ze wszystkimi szczegółami, nie bylibyśmy w stanie dostrzec, co i kogo w ogóle przedstawia.

Mimo dziesiątek wielkich klęsk, takich jak ostatni kryzys finansowy, i kataklizmów, takich jak Wielki Kryzys sprzed 80 lat, prezydenci, premierzy i ministrowie, bankierzy i bankowcy, przemysłowcy i inwestorzy obracający kapitałem wierzą, że po „tej” nauczce wiedzą już naprawdę wszystko i „od teraz” zapaści nam już nie grożą. „Tym razem jest inaczej” nadal miesza w głowach, więc odsądza się np. od czci i wiary postawę austerity, tj. roztropności i wstrzemięźliwości w wydatkach, wierząc, że do szczęścia powszechnego wystarczy dosypać pieniędzy z długu, który jakoś się tam kiedyś rozpuści w nicość.

Zwiastuny kryzysów

Z lekcji historii, od starożytności do kilku lat wstecz, wiemy, że zawsze jest podobnie i zawsze kończy się tak samo, choć sygnały ostrzegawcze są widoczne, jak na dłoni. Wystarczy się rozglądać. Generalna zasada mówi, że trudno wywołać ponadregionalny kryzys niepokojami pojawiającymi się na rynkach lokalnych. Trzeba zatem uważnie obserwować wielkich i bogatych.

Zapowiedzią możliwego niebawem kryzysu są wielkie napływy kapitału do USA. Wielu bagatelizuje ten fakt, wierząc, że wielki amerykański rynek finansowy i potęga rozumu Wall Street zaabsorbuje napływające fale i zapobiegnie potopowi.

Czynnikiem kryzysogennym są także innowacje finansowe. Załamanie z apogeum w okresie 2007-2009 miało jedno z najważniejszych źródeł w nowych instrumentach, takich jak np. collaterised debt obligations (CDO), czyli papiery dłużne zabezpieczone np. potencjalnymi wpływami ze spłat rat kredytów hipotecznych. Instrumenty takie miały zmniejszać ryzyko, a w efekcie je pogłębiły, bo uwierzono w ich niesamowitą moc.

Zwiastunem kryzysów są boomy mieszkaniowe powstające w warunkach rosnącej gospodarki i niepohamowanego optymizmu odnośnie przyszłości na trzech ramionach wspomnianego trójkąta.

Wzmóc trzeba czujność, gdy powtarzają się wiadomości ze słowem „dźwignia”. Służy ono do określania proporcji finansowania przedsięwzięć gospodarczych w podziale na środki własne (np. nagromadzone przez lata zyski) i pieniądze pochodzące z długu (np. kredyty bankowe czy obligacje własne). Im w skali całej gospodarki dźwignia większa, tym większe finansowanie z zewnątrz i tym większe zagrożenie kryzysem.

Załamanie może być także następstwem liberalizacji rynków finansowych poprzez łagodzenie i/lub ograniczanie regulacji prawnych. Niestety rynki, zwłaszcza finansowe, wymagają nie tylko właściwego traktowania, ale i skutecznego nadzoru. Mimo zastrzeżeń osób wierzących w kierowniczą i jedynie słuszną rolę państwa, taka forma nie kłóci się jednak z liberalnym postrzeganiem świata.

Szkodzi nam przede wszystkim nadmiar przepisów szczegółowych, a wartością najwyższą powinna być czytelność i jednoznaczność stanowionych reguł – ograniczanie pola do wydumanych interpretacji oraz skuteczna i rozsądnie krótka droga sądowa.

W obecnych realiach za kryzysy już minione i za te, które niedługo nastąpią w największym stopniu odpowiadają politycy, bo to oni trzymają w rękach najwięcej narzędzi zmiany i poprawy, nawet jeśli są to narzędzia tępe, zostawiające po sobie rany szarpane, zamiast czystego cięcia. Czasem w większej, czasem w mniejszej proporcji drogi prowadzące do kryzysu wytyczają lub poszerzają banki i w ogóle świat finansów, bo są też przepotężne fundusze inwestycyjne i spekulacyjne. Jeśli jednak spojrzeć z najszerszej możliwej perspektywy, sami sobie jesteśmy winni, nie starając się zgłębiać mechanizmów funkcjonowania gospodarki.

Nie jest to proste, a im dalej w las, tym staje się to trudniejsze, bo nie da się ująć działalności gospodarczej człowieka w uniwersalny wzór matematyczny. Tak jak nie zda się matury, umiejąc liczyć jedynie na palcach, tak nie da się żyć dobrze, poruszając się wyłącznie po obrzeżach wiedzy o gospodarce i ekonomii.