Pokaż/Ukryj opcje strony

Dlaczego w tak wielu polskich sklepach nie można płacić kartą?

data publikacji: 6 Maja 2013

autor: Jacek Krzemiński

W większości sklepów w Polsce można kupować tylko za gotówkę. Ale nawet te, które obsługują karty, często stawiają warunek, że możemy się nimi posłużyć dopiero wtedy, gdy kupujemy za co najmniej 10, 15 czy 20 zł. To wynika głównie z faktu, że tzw. opłaty interchange w naszym kraju należą do najwyższych w Europie. Na szczęście to właśnie się zmienia.

Na świecie funkcjonują dwa rodzaje systemów kart płatniczych: trójstronne i czterostronne. W Polsce istnieją oba rodzaje, ale kluczowa rolę odgrywają te drugie, do których zalicza się systemy Visa i MasterCard (systemami trójstronnymi są American Express i Diners Club). Jak system czterostronny działa w praktyce? Gdy klient płaci za zakupy kartą, to sklep musi uiścić od tego prowizję (nazywaną fachowo „merchant service charge”) agentowi rozliczeniowemu, tj. firmie obsługującej płatności kartami. Prowizja ta składa się z trzech części: marży owego agenta, opłaty assessment przekazywanej na rzecz organizacji płatniczej (np. Visy lub MasterCard) oraz opłaty należnej bankowi, który wydał kartę. Opłata, którą otrzymuje bank (za pośrednictwem organizacji płatniczej), nazywa się opłatą interchange (tzw. interchange fee). Stanowi ona największą część prowizji (nawet ponad 80 proc.) uiszczanej przez sklepy czy punkty usługowe za płatności kartą. Opłaty interchange w Polsce są wciąż – mimo ostatnich obniżek (wprowadzonych na początku 2013 r.) - bardzo wysokie. Należą wręcz do najwyższych w Europie. Wynoszą one przeciętnie ok. 1,4 proc. wartości transakcji. Czyli dwa razy więcej od unijnej średniej (0,7 proc.). Są kraje w UE, w których interchange fees są kilkakrotnie niższe niż w naszym kraju. Przykładowo w Finlandii, Belgii i Szwecji nie przekraczają one 0,2 proc. wartości transakcji, a w Danii i Holandii – 0,3 proc.

Dlaczego te opłaty są w naszym kraju tak wyśrubowane? Według Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego (FROB) przyczyną jest rynkowy duopol, czyli opanowanie polskiego rynku kart przez dwie organizacje płatnicze: Visa i MasterCard, które mają w nim 98-procentowy udział. FROB wskazuje na nie, bo to właśnie organizacje płatnicze decydują o wysokości opłat interchange. Ustawiły je w naszym kraju na wysokim poziomie, bo dzięki temu zarabiające na tych opłatach banki (ich roczne przychody z interchange fees w Polsce szacuje się na prawie 2 mld zł) są bardziej zainteresowane wydaniem swym klientom jak największej liczby kart. A im więcej tych kart, im więcej osób z nich korzysta, tym większe przychody organizacji płatniczych. Gdyby opłaty interchange były u nas niższe, instytucje bankowe nie robiłyby tyle, co teraz, żeby wydawać jak najwięcej kart kredytowych i debetowych.

W wielu innych krajach ta opłata jest niższa. Wpływ na to mają różne czynniki. W niektórych krajach obniżenie opłat interchange wymusiło państwo. W wielu krajach Europy Zachodniej są one niższe niż w Polsce także dlatego, że są tam bardziej rozwinięte rynki finansowe, w tym również rynek kart płatniczych. Od lat powszechnie korzysta się tam z kart płatniczych, mają je niemal wszyscy mieszkańcy tej części świata. W Polsce posiada je tylko 60 proc. obywateli. Paradoksalnie jest to także skutek wysokich opłat interchange. Bo skoro w tylu sklepach, nawet w niektórych dużych sieciach handlowych, można płacić tylko gotówką, to karty płatnicze wydają się mniej potrzebne.
 

Właścicielom polskich sklepów, honorującym tylko gotówkę czy żądającym płatności kartą za zakupy powyżej 10 czy 20 zł, trudno się dziwić. Do opłaty interchange muszą bowiem doliczyć, jak już wyżej wspomniano, opłatę na rzecz organizacji płatniczej, marżę agenta rozliczeniowego, a także różnego rodzaju opłaty dodatkowe, takie jak: koszt dzierżawy terminala do obsługi kart czy koszty połączeń autoryzacyjnych. W Polsce w małych sklepach czy taksówkach wszystkie te opłaty łącznie mogą stanowić nawet 3-4 proc. wartości transakcji! Właściciel sklepu czy taksówkarz nie zawsze może podnieść swoje ceny o te 3-4 proc., bo wtedy straciłby część swoich klientów. Często więc po prostu pomniejsza o tę kwotę swoją marżę. Oznacza to jednocześnie, że zarabia dużo mniej, a jego marża przy niektórych transakcjach spada do zera.

Efekt jest taki, że choć obroty bezgotówkowe szybko w Polsce rosną (w latach 2004 – 2010 zwiększyły się blisko czterokrotnie), to wciąż tylko w co piątym sklepie w naszym kraju można płacić kartą. Pod względem liczby terminali i kart płatniczych – na jednego mieszkańca - jesteśmy w UE na szarym końcu, wyprzedzając jedynie Rumunię. Skutkuje to także tym, że w polskich placówkach handlowych, które mają terminale do obsługi kart, używa się je – według szacunkowych danych - tylko przy co siódmej transakcji.

Ten stan rzeczy warto zmienić z wielu powodów. Po pierwsze niższe opłaty interchange mogłyby doprowadzić u nas do obniżki lub wolniejszego wzrostu cen wielu towarów i usług. Po drugie prowadziłyby do zwiększenia obrotu bezgotówkowego, który jest obrotem rejestrowanym, legalnym, a w ślad za tym przyczyniałyby się do zmniejszenia szarej strefy, którą przy płaceniu gotówką łatwo ukryć, np. nie „wbijając” na kasie niektórych transakcji czy wykonując jakąś usługę bez rachunku. A warto pamiętać, że szara strefa w naszym kraju jest naprawdę duża (szacuje się, że stanowi ona 25 proc. polskiej gospodarki), większa niż w wielu innych państwach. Trzeba do tego dodać, że przeciętny konsument zwykle wydaje w sklepie więcej, gdy płaci kartą zamiast gotówką. To między innymi z tych powodów z opracowań Narodowego Banku Polskiego wynika, że wzrost liczby transakcji opłacanych kartami sprzyja rozwojowi gospodarczemu.

Nie można pominąć jeszcze jednego aspektu, tj. kosztów obrotu gotówkowego, do których zalicza się choćby konwojowanie pieniędzy. Im więcej transakcji dokonywanych przy użyciu gotówki, tym więcej trzeba drukować banknotów i bić monet, nie wspominając już o utylizacji zużytych znaków pieniężnych. To wszystko zmniejsza zysk NBP, który zasila przecież budżet państwa. Według danych Narodowego Banku Polskiego koszty obsługi pieniądza mogą stanowić w naszym kraju około 1 proc. PKB. Na koniec warto przywołać jeszcze jeden argument, choć jest on oczywisty: używanie kart jest bezpieczniejsze niż noszenie przy sobie gotówki. Zgubioną lub skradzioną gotówkę należy uznać za straconą. Natomiast zgubioną lub skradzioną kartę można szybko zastrzec, a ponadto użycie karty jest chronione kodem PIN, który powinien być znany tylko pełnoprawnemu posiadaczowi karty.

Wysokie opłaty interchange w Polsce wziął pod lupę jako pierwszy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), który przyjrzał im się na wniosek Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, zrzeszającej największe sieci handlowe w naszym kraju. UOKiK wykazał, że wysokość przyjętych opłat nie opiera się na rzeczywistych kosztach, ponoszonych przez banki w związku z rozwojem i funkcjonowaniem systemu tego typu płatności, lecz jest przez nie odgórnie ustalona w celu utrzymania wysokich zysków z każdej transakcji kartami VISA i MasterCard. Urząd uznał to za zmowę cenową, która jest zakazana przez polskie prawo. Nałożył na banki wysokie kary finansowe i nakazał im zaniechać pobierania opłat interchange. Banki oraz Visa i MasterCard odwołały się jednak od tej decyzji do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (SOKiK). Ów sąd uchylił postanowienie urzędu antymonopolowego. Ten z kolei odwołał się od wyroku do Sądu Apelacyjnego, który podważył orzeczenie SOKiK i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. W wyniku odwołań poszczególnych stron sporu od decyzji sądu sprawa ta pozostaje nadal nierozstrzygnięta.
 

W zeszłym roku z tym problemem postanowił zmierzyć się Narodowy Bank Polski, który po dokonaniu szczegółowej analizy uznał, że opłaty interchange w naszym kraju są zbyt wysokie. Przy NBP powstał zespół roboczy, który miał wypracować kompromisowe dla wszystkich stron rozwiązanie, polegające na nakłonieniu organizacji Visa i MasterCard oraz banków wydających karty do dobrowolnego obniżenia opłat interchange. Zespół zaproponował sukcesywne obniżanie tych opłat w taki sposób, by do 2017 r. ich stawki spadły do poziomu średniej unijnej. Na to rozwiązanie nie zgodził się jednak ostatecznie MasterCard i z tego powodu porozumienie nie mogło wejść w życie.

Zespół roboczy przy NBP był na taką ewentualność przygotowany i miał alternatywne rozwiązanie: jeśli nie wszyscy zgodzą się na wypracowany kompromis, to wtedy ów problem trzeba będzie rozwiązać ustawowo, odgórnie. To znaczy, że wysokość opłat interchange powinno ustalić państwo, w drodze nowelizacji ustawy o usługach płatniczych. Politycy podchwycili temat i tym sposobem powstało kilka projektów przepisów, określających wysokość opłat interchange. Temu – politycznemu - rozwiązaniu sprzeciwił się m.in. MasterCard, twierdząc, że wysokość tych opłat powinien określać rynek. Protestujący przekonywali, że obniżenie interchange fee nic nie da, bo banki „odbiją” sobie to na klientach, podnosząc opłaty za posiadanie i używanie kart. Jednak doświadczenia krajów, które zdecydowały się na ustawowe obniżenie „interchange”, pokazują, że tak wcale być nie musi. W Australii po wprowadzeniu tej obniżki zwiększyły się wprawdzie opłaty za karty kredytowe, ale zmniejszyły za debetowe. Nie obniżyło to rentowności australijskich banków, bo dzięki niższemu „interchange” wzrosło tam tempo rozwoju obrotu bezgotówkowego, a więc i dochody z niego. Poza tym tamtejsze banki przez mniejsze zyski z interchange fee musiały ściąć swoje wydatki. Tak czy owak jednego zakwestionować się nie da: obniżka tej opłaty znacząco zmniejsza koszty branży handlowej. W polskim handlu jest tak ostra konkurencja, że powinno to pociągnąć za sobą obniżkę cen. Choć, jak pokazuje przykład innych krajów, wcale nie jest to przesądzone.

W całej sprawie zanosi się na happy end. Organizacje płatnicze widząc, że w Sejmie i Senacie trudno im będzie znaleźć obrońców wysokich opłat interchange, zaczynają przyjmować coraz łagodniejszą postawę. Najpierw, na początku kwietnia br., Mastercard zapowiedział, że zredukuje stawki tych opłat zgodnie z propozycją Związku Banków Polskich, zakładającą wyznaczanie ich średnich ważonych (a więc nie wszystkich opłat na jednakowym poziomie) oraz uzależnienie tych obniżek od spełnienia pewnych warunków. W połowie kwietnia Visa zaproponowała, że sama, dobrowolnie, obniży stawki według rozwiązania wypracowanego przez zespół roboczy przy NBP. Pod koniec kwietnia MasterCard zmodyfikował swoją wcześniejszą decyzję, w której zbliżył się do propozycji NBP, pozostawiając jednak wyznaczanie poziomu opłat interchange na podstawie średnich ważonych. Tak czy owak znaczące obniżenie opłat interchange w naszym kraju – w formie samoregulacji bądź regulacji – wydaje się być przesądzone, to już tylko kwestia czasu.