Pokaż/Ukryj opcje strony

Mózg w sieci

data publikacji: 4 Lutego 2014

autor: Piotr Aleksandrowicz

Nicholas Carr ostrzega: internet niszczy pamięć, zmniejsza nasze zdolności poznawcze, ogranicza koncentrację i zniechęca do refleksji. A to dopiero początek. Kiedy Google stworzy sztuczną inteligencję, będziemy niepotrzebni, a kultura umrze.

Autorem artykułu „Czy Google nas ogłupia?”, który ukazał się w Atlantic Monthly w 2008 roku, był Nicholas Carr, dziennikarz, publicysta, redaktor Harvard Business Review, guru technologii, który spróbował – opierając się na dość wątłych wówczas przesłankach naukowych - ocenić, jak zmienia się mózg człowieka pod wpływem uporczywego korzystania z Internetu. Tekst wywołał wiele dyskusji i stał się punktem wyjścia do książki „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg”, której polskie wydanie właśnie ukazało się nakładem wydawnictwa Helion – One press.

Rzecz jest tyleż ciekawa, co momentami przerażająca. Zaledwie jedna czwarta, może jedna trzecia książki poświęcona jest tytułowemu zagadnieniu, reszta to rozważania na temat kultury słowa, druku, zmian cywilizacyjnych, sztucznej inteligencji i wielu innych tematów, po których Carr porusza się zręcznie i ciekawie.

Jego główne przesłanie to: Internet ma negatywny wpływ na nasze zdolności poznawcze, zmniejsza koncentrację i zdolność do refleksji. Carr opisuje dowody naukowe na potwierdzenie tej tezy, ale co najmniej równie przekonywujące jest doświadczenie czytelnika, który  zapewne ma podobne wrażenie, że im więcej korzysta z internetu, tym bardziej rosną jego kłopoty z koncentracją, źle mu się czyta dłuższe teksty i w ogóle jakby się stał nieco mniej refleksyjny...

Nicholas Carr też ma trochę kłopotów z koncentracją… na tytułowym temacie. Popatrzmy bowiem na kolejne rozdziały książki. Zaczyna się wstępem z nawiązaniem do Mc Luhana (lata 60. XX wieku) i przejęcia władzy nad człowiekiem przez ówczesne media elektroniczne –  telefon, radio, telewizję i kino. Teraz oczywiście władzę przejął komputer - bardzo ładna jest pointa wstępu: „Ekran komputera (…) jest naszym sługą – tak bardzo uniżonym, że nietaktem byłoby wspomnieć, że jest także naszym władcą”. Pierwszy rozdział zaczyna się od do dziś poruszającej sceny z „Odysei kosmicznej 2001”  śmierci superkomputera Hal, któremu bohater filmu Bowman metodycznie odłącza kolejne obwody. „Dave, mój umysł błądzi” – mówi HAL z rozpaczą - „Czuję to, czuję”. „Ja też to czuję - przerywa Carr. Od kilku lat mam nieprzyjemne wrażenie, że ktoś (lub coś) majstruje przy moim mózgu”.

I nie tylko on ma takie odczucia. Rozdział wypełniają opowieści naukowców i intelektualistów, którzy mają samoświadomość, jak internet zmienia ich zachowania i sposób myślenia. Drugi rozdział zaczyna się od Fryderyka Nietschego, który tracił wzrok, i jego zdolność do pracy uratował wynalazek maszyny do pisania, jednakże maszyna zmieniła też jego sposób pisania. W tym samym rozdziale mamy także wykład na temat historii badań mózgu i koncepcji jego funkcjonowania, a przede wszystkim na temat plastyczności mózgu, czyli zmian pod wpływem otoczenia, w reakcji na nasze doświadczenia i zachowania.

Potem mamy rozdział o naszych zdolnościach poznawczych i dojrzewaniu intelektualnym, które przebiega według tego samego scenariusza, jak kiedyś uczono się tworzyć mapy. Mapa nie tylko informuje, ale jest też wyrazem sposobu myślenia i widzenia. Dalej - zegar i pomiar czasu, który zmienił postrzeganie samych siebie. Mapa i zegar to technologie intelektualne – jak pisze Carr – narzędzia, którymi posługujemy się, aby zwiększać lub wspierać nasze władze umysłowe. W tej kategorii znajduje się i suwak logarytmiczny, i maszyna do pisania, książka i gazeta, a także komputer i internet.

W dalszej części książki mamy fragment o tym jak mózg człowieka, który umie czytać i pisać różni się od mózgu analfabety i opowieść o historii czytania i pisania. Dzięki temu w czwartym rozdziale autor pisze z kolei o historii książki, i o tym jak zmieniła kulturę oralną w kulturę słowa pisanego i jaki był w tym udział wynalazku druku.

Carr, ma szerokie spojrzenie i sięga głęboko w przeszłość. Ma też oryginalne skojarzenia i po prostu ciekawie opisuje wydawałoby się dość powszechnie znane wydarzenia i ludzi. Te stare historie są co najmniej równie ciekawe i wciągające jak rozdziały bardziej nam współczesne, na przykład na temat wpływu komputerów i internetu, blogów czy mediów społecznościowych na stare media, rynek książki, ale i styl pisania i komunikacji.

Na  145 stronie zaczyna się rozdział pt. „Mózg żonglera” – ten który miał być całą książką, o tym jak internet zmienia mózg i jakie są wyniki badań na ten temat. A także o tym jak przestajemy czytać, a tylko wybiórczo poszukujemy informacji, przebiegamy teksty i strony internetowe. „To przebieganie – konstatuje Carr - które niegdyś stanowiło środek do osiągnięcia celu oraz sposób wychwycenia informacji wymagających głębszej analizy – staje się celem samym w sobie, naszym ulubionym sposobem zbierania różnego rodzaju informacji i ich interpretowania”. Ale może coś dostajemy w zamian? Jest mało dowodów empirycznych, ale są, że sposób korzystania z internetu wzmacnia te funkcje mózgu, które wiążą się z określonego typu „szybkimi ścieżkami” rozwiazywania problemów, zwłaszcza dotyczących dostrzegania powtarzalnych wzorców w gąszczu danych. Być może wzrastają nieznacznie zdolności naszej pamięci roboczej. Być może stajemy się  bardziej wielozadaniowi – a taki jest Internet ze swoimi linkami, twitterami, rss-ami itd. Jednak jest pewne, że „zdolność wykonywania szeregu czynności naraz działa w istocie na szkodę naszej kreatywności i naszej zdolności do głębokiej refleksji”.

Naukowiec Michael Merzenich stawia jeszcze bardziej przygnębiającą diagnozę – pisze Carr. - Gdy wykonujemy on-line wiele zadań naraz  „ćwiczymy nasz mózg, aby zwracał uwagę na bzdety”. Konsekwencje tego procesu dla naszego życia intelektualnego mogą się okazać „śmiertelne”. Zdaniem Carra sieć ułatwia nam osiąganie bieżących celów dzięki bogactwie informacji, ale pomniejsza „zdolność do konstruowania we własnym umyśle licznych i niepowtarzalnych połączeń, z których wyrasta wyjątkowa inteligencja”.

Następny rozdział - „Świątynia Google” – poświęcony jest  tayloryzmowi (od tego samego Taylora, który badał czas wykonywania operacji i zautomatyzował pracę robotników) jaki wyszukiwarka zaprowadza w pracy umysłu robiąc wszystko, by zwiększyć wydajność procesu wymiany informacji. Praca informatyków Google jest przykładem zastosowania taylorowskiego podejścia do zarządzania i organizacji pracy w przemyśle wiedzy – konstatuje autor.

Ale to jeszcze nie wszystko. Google w istocie dąży - i nie ukrywa tego - do zaprojektowania i wyprodukowania sztucznej inteligencji. Frapująca powieść o tej firmie wydała mi się w książce najbardziej przerażająca, bardziej niż nieszczęsne zmiany w mózgu, jakie wprowadza internet. Kilka cytatów z wypowiedzi Larry Page’a i Sergieya Brina przyprawia o dreszcze, podobnie jak podsumowanie Carra. „Ich proste założenie - pisze Carr - że byłoby nam wszystkim lepiej gdyby nasze mózgi były wspierane, a nawet zastępowane przez sztuczną inteligencję, jest równie niepokojące, co wymowne. Podkreśla bowiem wytrwałość i upór, z jakimi Google trzyma się swojego taylorowskiego przekonania, że inteligencja stanowi rezultat mechanicznych procesów, serii poszczególnych kroków, które można wyodrębnić, zmierzyć i zoptymalizować”.

Za szczególnie ciekawą można uznać na przykład cytowaną przez Carra relację wnikliwego obserwatora z siedziby Google – Googleplex: „Panująca tam przytulna atmosfera była niemal przytłaczająca. Radosne golden retrievery skakały powoli przez wodę tryskającą ze zraszaczy na trawnikach. Ludzie machali do siebie i się uśmiechali. Wszędzie leżały jakieś zabawki. Nagle zacząłem podejrzewać, że jakieś niewyobrażalne zło czai się gdzieś w ciemnych zakamarkach. Jeżeli sam szatan miałby przyjść na ziemię, jakie lepsze miejsce mógłby sobie wybrać jako kryjówkę?”.

Kolejny rozdział - poświęcony naszej pamięci i zastępowaniu jej przez sieć, też kończy się dość ponuro: „Kultura jest czymś więcej niż tylko zbiorem tego co Google określa mianem „światowe zasoby informacji”. Jest czymś więcej niż to, co da się zredukować do kodu dwójkowego i załadować do sieci. Kultura aby żyć, musi być bezustannie odnawiana w umysłach przedstawicieli każdego pokolenia. Jeśli wydobędziemy pamięć z własnego wnętrza i przekażemy na zewnątrz, to nasza kultura umrze”.

Tak jak dyskusja po artykule w „Atlantic monthly” była bardzo ożywiona i pełna kontrowersji, tak i recenzje książki są mocno mieszane, choć negatywnych jest znacznie mniej. Zarzut, który warto poważnie potraktować, dotyczy generalizacji we wnioskach.  „Tymczasem nasze podporządkowanie internetowi czy komputerom jest pewnym wyborem” – pisał jeden z recenzentów. Ktoś inny złośliwie dodał: „nie mogę się zdecydować, czy nie mogę się skoncentrować na tej książce dlatego, że internet tak zmienił mój mózg, czy dlatego, że argumenty autora po prostu nie są spójne. Biorąc pod uwagę, że przy ostatnio przeczytanych dwóch książkach non-fiction nie miałem problemów z koncentracją – chyba to drugie”. Oby krytyk miał rację, ale chyba nie ma.

Książka Carra ma dwie pointy. Pierwsza dotyczy - jak i początek – „Odysei kosmicznej 2001”. Najbardziej ludzki jest w niej komputer HAL, ludzie zaś upodobnili się do maszyn. „Jest to istota mrocznego proroctwa Kubricka” – pisze autor. Drugą pointę stanowi ostatni rozdzialik „Literatura uzupełniająca”. „Książka ta dotyka wielu tematów. Czytelnikowi, który chciałby bliżej się z nimi zapoznać, polecam poniższe książki”, po czym następuje lista około 50 pozycji. Czy ktoś je przeczyta?

  
Cóż, ja książkę Carra czytałem chyba ze trzy tygodnie. Ciągle mi coś przeszkadzało.