Pokaż/Ukryj opcje strony

Mądrości starszego pana

data publikacji: 22 Kwietnia 2015

autor: Piotr Aleksandrowicz

Recenzje na okładce są zawsze znakomite. Tak jest i tym razem. Larry Summers (były sekretarz skarbu USA, rektor uniwersytetu Harvarda), Gregory Mankiw (dziekan wydziału ekonomii Harvarda), recenzenci Forbes i Wall Street Journal – słowem nie byle kto. Ale równocześnie na amazon.com liczba skrajnie negatywnych recenzji jest niewiele mniejsza niż pozytywnych. To rzadko się zdarza, na ogół przewaga pozytywnych jest ogromna. Co więcej, te negatywne recenzje są powszechnie aprobowane jako przydatne, a pozytywne mają zero odzewu. Kto wzbudza takie negatywne emocje? Alan Greenspan, były szef Federalnej Rezerwy, amerykańskiego banku centralnego (FED). I jego najnowsza, właśnie wydana w Polsce książka „Mapa i terytorium", z podtytułem „Ryzyko. Natura ludzka. Przewidywanie".

Greenspan był w latach 1987-2006 powoływany na stanowisko szefa FED przez pięciu kolejnych prezydentów USA z obu partii - republikańskiej i demokratycznej. Doceniany za zminimalizowanie skutków dwóch kryzysów finansowych (m.in. tzw. kryzysu firm internetowych – dotcomów w 2001) i podtrzymanie prosperity w latach 90. i do połowy pierwszej dekady XXI wieku. Ale teraz obwiniany jest przez część opinii publicznej za doprowadzenie do kryzysu, który zaczął się w USA w 2007 roku i w ciągu 2 lat ogarnął cały świat. Dlatego nadal budzi emocje.

Noblista Joseph Stiglitz pisał o nim, że ponosi za ten kryzys odpowiedzialność. Inny noblista – Paul Krugman – że jest najgorszym ex bankierem centralnym na świecie i złym człowiekiem. Trzeci noblista Robert Solow na łamach New Republic, organu amerykańskich postępowców, niechęć Greenspana do regulacji systemu finansowego nazywał głupotą i efektem fantazji ideologicznych. Ale zbierał też głosy krytyczne w mediach głównego nurtu. Time wstawił go do 25-tki osób odpowiadających za kryzys. Washington Post recenzję „Mapy i terytorium" zatytułował: „Alan Grenspan ciągle myśli, że miał rację". Tych głosów krytycznych nie można zbyć wzruszeniem ramion, ale co zrobić, że dla mnie po lekturze książki to po prostu mądry, starszy pan.

Rzeczywiście, zgodnie z podtytułem, w znacznej części „Mapa i terytorium" dotyczy tego, za co Greenspan odpowiada: nie przewidział głębokości kryzysu 2007-2008 roku. Teraz już wie, i przyznaje się do tego na łamach książki, że nie każdy jest homo oeconomicus kierującym się swoim interesem. Ale też nawet jeśli inwestorami rządzą zwierzęce instynkty prowadzące w skrajnej postaci do masowych, irracjonalnych zachowań, to jednak nie są to instynkty nieprzewidywalne. Greenspan pisząc „Mapę i terytorium" w kwiecie wieku 87 lat doszedł bowiem do wniosku, że ekonomia behawioralna ma sporo sensu, bo te irracjonalne zachowania pozwalają… przewidywać. Są one bardziej systematyczne i mniej przypadkowe niż się nam wydaje.

Jednak książka Greenspana nie dotyczy tylko ułomności prognozowania. Gdyby do tego się ograniczyła, prawdopodobnie stałaby się nieznośną cegłą. Jego niechęć do regulacji ma głębokie ideowe podstawy. Greenspan zdaje sobie bowiem sprawę z negatywnych skutków dla gospodarki, jakie niesie rozdęte, ingerujące w gospodarkę, nachalne, wścibskie państwo.

I o tym dużo pisze. Zajmuje się słabościami państwa dobrobytu. Nadmiernymi podatkami i krępującymi gospodarkę regulacjami. A przed wszystkim – nadmiernymi wydatkami socjalnymi, które hamują wzrost gospodarczy zabierając pieniądze inwestycjom. Także hamują wzrost płac i prowadzą do deficytów finansów publicznych, również odpowiedzialnych za kryzysy. Tu Greenspan podaje wiele ciekawych, czasem zaskakujących informacji o dynamice wydatków socjalnych w USA. Na przykład w czasach administracji republikańskich, rzekomo bardziej odpowiedzialnych, była ona wyższa niż przy rządach demokratów potocznie uważanych za rozrzutnych. Pouczający jest też niemal doskonale symetryczny wykres: im wyższe wydatki socjalne, tym niższa stopa oszczędności. Czy też obserwacja na temat tzw. międzynarodowej pozycji inwestycyjnej netto USA (to co my mamy zagranicą, minus to, co inni mają u nas), która wynosi już minus 5 bilionów dolarów, choć jeszcze niespełna 30 lat temu była dodatnia. Proces, który do niej doprowadził i trwa nadal, Greenspan nazywa „zastawianiem lub sprzedawaniem aktywów kapitałowych kraju, żeby finansować rosnącą konsumpcję świadczeń społecznych".

Greenspan pisze też o produktywności, niezbędnej do wzrostu gospodarczego i o wydajności pracy. Niepowstrzymany wzrost świadczeń „oznacza zastąpienie konsumpcją oszczędności krajowych brutto w stosunku prawie dolara za dolara. To odciąga środki od finansowania inwestycji kapitałowych, a więc hamuje wzrost wydajności na godzinę". Ta teza, która przewija się przez całą książkę, jest także przedmiotem krytyki Solowa, która w przeciwieństwie do opinii Krugmana jest merytoryczna (Alan Greenspan Is Still Trying to Justify His Bad Decisions). Solow kwestionuje zwłaszcza związek przyczynowo-skutkowy opisywany przez Greenspana. Jego zdaniem bowiem niekoniecznie spadek stopy oszczędności jest skutkiem wzrostu świadczeń społecznych. Może też być skutkiem słabszej koniunktury i innych przyczyn.

W podsumowaniu Greenspan jeszcze raz przypomina: „Wydatki na prywatną konsumpcję z definicji nie dodają niczego do naszych zasobów kapitałowych, a więc niczego do naszych przyszłych standardów życia". To nie są obserwacje ważne tylko dla USA. Akurat kilka dni temu GUS podał, że od 2011 do 2014 roku, czyli zaledwie przez trzy lata, publiczne nakłady brutto na środki trwałe (inwestycje) zmalały w Polsce z 91,3 mld zł do 76,3 mld (o 16,4 procent), a wydatki na świadczenia społeczne wzrosły z 243,5 do 281 mld zł, tj. o 15,4 procent. Takich danych i informacji, które czyta się u Greenspana, ale myśli „jak w Polsce" można znaleźć znacznie więcej.

Ot, choćby regulacje państwowe, które prowadzą od kapitalizmu wolnorynkowego do kapitalizmu kolesiów i wprowadzają niepewność w działalność gospodarczą hamując inwestycje i wzrost. „Wrogiem ożywienia gospodarczego jest niepewność" – konkluduje Greenspan.

Pisze Greenspan także o kulturze wpływającej na sposób postępowania w gospodarce. Analizuje studium przypadku jakim jest historia euro i rozwiane w ciągu zaledwie 10 lat złudzenia, że Włosi, Grecy czy Hiszpanie zaczną się zachowywać jak Niemcy – racjonalnie, efektywnie, będą oszczędni i szanujący prawo. „Kultura jest o wiele mniej podatna na zmiany niż poprzednio przypuszczano na rynkach finansowych" – pisze Greenspan. Z kolei Japonia to historia dziesiątków już lat błędów wynikających z kulturowo uwarunkowanej polityki wyrozumiałości kredytowej i niechęci brania zabezpieczeń, bo to nie „w japońskim stylu". „Wezwanie do zapłaty i zmuszanie dłużników do bankructwa w pewnych okolicznościach prowadziłoby do utraty przez nich „twarzy". Japończycy po prostu tak nie robią" –poinformował Greenspana minister finansów Japonii Kiichi Miyazawa. „Zachowanie twarzy jest bardzo ważnym aspektem japońskiej kultury" – konkluduje były szef FED. Z kolei kultura przedsiębiorczości otwartej na ryzyko znajduje się u źródeł amerykańskiego sukcesu gospodarczego, efektywnego wykorzystywania oszczędności, wprowadzania innowacji do szerokiego użytku. Nie są to może zbyt odkrywcze myśli akurat, ale po prostu dobrze się czyta to, co starszy pan ma do powiedzenia.

„Innowacyjności mogą szkodzić: kultura, religia albo ucisk państwa" – rzuca mimochodem. I wyjaśnia dlaczego do czasów Oświecenia, przez dwa tysiące lat bez mała, innowacyjność i produktywność pozostawały uśpione, mimo że wynikają z ludzkiej natury. Otóż „wzrost gospodarczy wymaga, żeby interakcjami między uczestnikami rynku rządziło prawo, a prawa własności były skutecznie egzekwowane (…) Wzrost gospodarczy wymaga także w pewnym stopniu zdolności do powstrzymania się od konsumpcji, umożliwiającej gromadzenie oszczędności zasilających nasz zasób kapitału, który z kolei jest potrzebny do finansowania ludzkiej pomysłowości" – wraca do swojego ulubionego tematu.

Pisze także o psychologii inwestowania. „Kryzysy są ubolewania godnym skutkiem naszej naturalnej skłonności do miotania się między euforią i strachem. Nie staczając się w sztywną skolektywizowaną (i stagnacyjną) gospodarkę, nigdy nie byliśmy zdolni powstrzymać naszych zwierzęcych instynktów przed popadaniem w skrajności". Za poddawanie się skrajnym emocjom należy płacić. Dlatego uważa, że z instytucjami „za dużymi, by upaść" należy twardo postępować. Zamiast próbować je uregulować i chronić, co tylko zachęca do jeszcze większego ryzyka, jeszcze większej dźwigni finansowej i jeszcze większego rozrostu, lepiej przeprowadzić kontrolowaną przez państwo upadłość (nie jest więc - wbrew zarzutom –antypaństwowym dogmatykiem). W której menedżerów wywala się na bruk, aktywa wyprzedaje, a straty ponoszą akcjonariusze i kredytodawcy instytucji, ale nie podatnicy. Twórcza destrukcja jest niezbędna do efektywnego wykorzystywania zasobów, produktywności i rozwoju. Jej ceną - stres stający się udziałem znacznych grup pracowników, którzy tracą pracę i często swoje domy. Instynkt zwolennika wolnego rynku Greenspana przechodzi jednak nad tym do porządku dziennego.

Greenspan uważa, że głównym wewnętrznym problemem gospodarczym jest w Ameryce nastawienie na nieskrępowane deficyty budżetowe. Natomiast za najwyższy priorytet na przyszłość uważa dość niespodziewanie „naprawę naszego rozbitego systemu politycznego". „Demokratyczne społeczeństwa takie jak nasze – pisze ekonomista – wymagają powszechnego i bezwzględnego przestrzegania pewnego zbioru zasad, które nie podlegają kompromisowi". Dla Amerykanów – stwierdza – takim zbiorem jest Karta Praw". Przypomnijmy, że Karta Praw gwarantuje podstawowe prawa i wolności obywatelskie m.in. prawo własności, zgromadzeń, noszenia i posiadania broni, wolności wyznania, prasy i prawo ochrony oskarżonego w procesie. „Inne akty ustawodawcze muszą podlegać kompromisom" – pisze Greenspan, któremu często zarzucano dogmatyzm, a tymczasem jawi się tu jako pragmatyk i realista. Tymczasem „w Ameryce przeżywamy rozdarcie polityczne w skali nieznanej od czasów krachu z 1929 roku".

Nie tylko w Ameryce. Znowu lekcja profesora Greenspana ma wymiar uniwersalny.