Pokaż/Ukryj opcje strony

Na fali, czyli austriacka szkoła ekonomii

data publikacji: 5 Sierpnia 2014

autor: Piotr Aleksandrowicz

Dziś o dwóch książkach, których wydanie jest widomym znakiem, że także w Polsce rośnie zainteresowanie austriacką szkołą ekonomii. Autorem pierwszej z nich jest Jesus Huerta de Soto, profesor uniwersytetu w Madrycie i ma ona tytuł konkretny: „Szkoła austriacka. Ład rynkowy, wolna wymiana i przedsiębiorczość". Tytuł drugiej jest bardziej poetycki: „Walc wiedeński na Wall Street" z podtytułem „Ekonomia austriacka dla inwestorów giełdowych". Napisał ją Mark Skousen, także wykładowca akademicki, ale i doradca inwestycyjny o wielkim talencie popularyzatorskim.

Praca de Soto została wydana w 2010 roku, ale jest nadal dostępna w księgarniach naukowych - kupiłem ją kilka tygodni temu. To solidny wykład podstaw ekonomii austriackiej, nurtu w naukach ekonomicznych, który po okresie niedoceniania i zapomnienia, coraz częściej zaczyna konkurować z ekonomią klasyczną o umysły studentów i ekonomistów. Najważniejsze cechy szkoły austriackiej: nie używa modelowania matematycznego, bada raczej procesy niż stany gospodarcze, odrzuca ekonometrię i wiele metod empirycznych, zajmuje się raczej nierównowagą niż równowagą w gospodarce, uprawia metodologiczny indywidualizm, to znaczy bada zjawiska i procesy w kategoriach zachowań i preferencji jednostek. Uprawia też metodologiczny subiektywizm, uwzględniając stany psychiczne jednostek (ponieważ koszty i korzyści ekonomiczne są subiektywne, stosowanie statystyki jest bezużyteczne), podkreśla niepewność w zjawiskach gospodarczych.

Trzeba poczytać więcej, by rzeczywiście mieć jasność, dlaczego odrzucająca empirię, statystykę i matematykę nauka może mieć, mówiąc potocznie, ręce i nogi. Znacznie łatwiejsze do przyswojenia są praktyczne wnioski wynikające z jej ustaleń. Otóż jest to najbardziej wolnorynkowa szkoła w ekonomii, a "austriacy" są najbardziej konsekwentnymi zwolennikami leseferyzmu i własności prywatnej. Rynek jest – jak głosił jeden z najważniejszych ekonomistów związanych ze szkołą austriacką, noblista Friedrich Hayek – przykładem systemu, w którym z chaosu powstaje porządek i ten spontaniczny porządek jest znacznie bardziej efektywny niż zaplanowany lub zaprojektowany, jak na przykład socjalizm czy etatyzm.

Można by pomyśleć, że "austriacy" to spadkobiercy XVII i XVIII filozofów angielskich w tym Adama Smitha, ale to nieprawda. Korzenie szkoły austriackiej sięgają XVI wieku i scholastyków z uniwersytetu w hiszpańskiej Salamance. To oni byli zwolennikami praw własności, wolności umów i handlu, doceniali wkład biznesu w rozwój społeczeństwa, byli przeciwni podatkom i kontroli cen oraz regulacjom ograniczającym przedsiębiorstwa i przedsiębiorczość. A że ci jezuici i dominikanie byli także profesorami moralności i etyki, dodatkowo nauczali ówczesnych władców, że należy przestrzegać wymagań etycznych, sami zaś wyznawali zasadę, że głównym ich zadaniem jest mówić rządom, czego nie należy czynić.

Sama szkoła austriacka narodziła się w II połowie XIX wieku. Jej twórcy to Carl Menger i Eugen von Boehm-Bawerk, a prominentni kontynuatorzy ich dzieła w XX wieku to Ludwig Mises, Friedrich Hayek i Murray N. Rothbard. Zajmowali się pełnym spektrum zagadnień ekonomicznych - konkurencją, przedsiębiorczością, pieniądzem, cenami, kredytem, stopami procentowymi, kosztami alternatywnymi i korzyściami krańcowymi, słowem wszystkim. To co dziś robi największe wrażenie, to przekonywujący pogląd na temat cyklu koniunkturalnego, opisujący jak system monetarny oparty m.in. o rezerwę cząstkową i pozbawiony kotwicy w postaci standardu złota, prowadzi do nadmiernej podaży pieniądza i nadmiernej kreacji kredytu nie wynikającej z oszczędności. A następnie baniek na rynkach aktywów, w tym nieruchomości, spekulacji na rynkach finansowych i błędnych inwestycji rzeczowych, aż wreszcie doprowadza do kryzysów finansowych. Austriacka teoria cyklu koniunkturalnego wyjaśnia całkiem dobrze kryzys lat 2007-2008 w Stanach Zjednoczonych, który rozprzestrzenił się na świat. A ekonomiści wyznający jej zasady byli w bardzo skromnej mniejszości ostrzegających przed nim. Dziś nie ma też wątpliwości, że to amerykańskie instytucje państwowe, w tym bank centralny, w istotnym stopniu przyczyniły się do jego wywołania.

Jesus Huerta de Soto w pierwszym rozdziale swojej pracy porównuje szkołę austriacką z neoklasyczną. Pisze m.in., że "teoretycy ze szkoły austriackiej postrzegają ekonomię jako teorię działania, a nie decyzji", "dla szkoły austriackiej koncepcja subiektywistyczna jest próbą oparcia ekonomii na prawdziwych ludziach z krwi i kości" (versus obiektywistyczna teoria neoklasyczna, która stale poszukuje w gospodarce równowagi, uwielbia modele i matematykę równocześnie oddalając się od rzeczywistości). "Austriacy" wiele uwagi poświęcają przedsiębiorczości (działaniu) i informacji, która jest subiektywna, a nie obiektywna jak u neoklasyków, przez co większe znaczenie w badaniach ekonomicznych ma teoria niż empiria, skoro to samo może znaczyć co innego. Nawet koszty dla nich są subiektywne, a nie obiektywne, w końcu to co dla jednego jest drogie, dla innego może być tanie, zależnie od charakteru, przywiązywanej wagi, postrzeganej wartości. Większe znaczenie ma też dla nich to co się mówi (język), niż to co opisują matematyczne wzory, twierdzą bowiem, że to język wyraża esencję zjawisk ekonomicznych. "Menger zastanawiał się – cytuje go de Soto – jak możemy zdobyć wiedzę o esencji, przykładowo o esencji wartości, czynszu ziemskiego, zysku przedsiębiorcy, podziału pracy, bimetalizmu, itd. metodami matematycznymi?". Neoklasycy uogólniają zwykłe interpretacje konkretnych sytuacji do rangi wniosków teoretycznych, wierzą w matematykę i modele, pomijają wiele aspektów trudnych do zmierzenia jak wartości moralne, nawyki, tradycje, stosują liczne uproszczenia.

W kolejnych rozdziałach de Soto omawia prace Mengera, Boehm-Bawerka, Misesa i Hayeka czyniąc to w sposób dość akademicki, ale na ogół zrozumiałym, logicznym językiem. Ta materia nie jest prosta, stąd lektura wymaga pewnego wysiłku. W końcowym rozdziale de Soto pisze o odrodzeniu szkoły austriackiej. Tu ciekawe jest porównanie „austriaków" ze szkołami neoklasycznymi. Uważa, że są dwie szkoły neoklasyczne - zwolenników zawodności rynku i chicagowska. 

O ile pierwsi uzasadniają każdy brak równowagi zawodnością rynku i dlatego postulują rozbudowaną interwencję państwa, o tyle drudzy bronią wolnego rynku, choć wychodzą z innych przesłanek niż „austriacy”. Pozwala to, podobnie jak pierwszy rozdział, pokazać różnice między szkołą austriacką a neoklasyczną.

Jednak w ostatnim rozdziale najbardziej pouczające są fragmenty, które wymieniają rozpowszechnione opinie, czy zarzuty wobec szkoły austriackiej, po czym każdorazowo je obalają. Autor polemizuje m. in. z tezą, że szkoła neoklasyczna i austriacka nie wykluczają się, lecz uzupełniają. Że "austriacy" nie powinni krytykować neoklasyków za upraszczanie założeń (upraszczanie to nie to samo co przyjmowanie założeń nierealnych – replikują przedstawiciele szkoły austriackiej). Że nie sformalizowali swoich stwierdzeń teoretycznych (replika: "używanie formalizmu matematycznego nie jest cnotą, lecz raczej występkiem"). Kolejne zarzuty to niedocenianie empirii, odrzucenie prognozowania, dogmatyzm i inne. Repliki są klarowne. Mogą kogoś nie przekonać, natomiast z pewnością pokazują, że "austriacy" mają swoje koncepcje dobrze przemyślane i ugruntowane.

A kiedy już wzbogacimy naszą wiedzę teoretyczną, przeczytamy życiorysy i publikacje reprezentantów szkoły austriackiej, pora na coś lżejszego. "Walc wiedeński" Skousena wydany w 2014 roku przez Fijorr Publishing (podobnie jak de Soto) w części pierwszej na ponad stu stronach opisuje życiorysy i dzieła Mengera, Boehm-Bawerka, Misesa, Hayeka i innych Austriaków. Jednak rozdziały są krótkie i z pewnością nie tak kompletne jak u de Soto, za to lepiej się je czyta, przeplatane są bowiem anegdotami, przykładami i osobistymi doświadczeniami autora. Nie zastąpią solidnego i uporządkowanego wykładu Hiszpana, ale są jego świetnym uzupełnieniem. Tę część kończy esej o tym jak "austriacy" potraktowali kryzys finansowy 2008 roku, ale w gruncie rzeczy to zbiór krótkich podrozdziałów o polityce monetarnej, teorii odpadania Miltona Friedmana, o przyczynach wielkiego kryzysu lat 30. XX wieku i ostatniego - już w XXI wieku - oraz o kilku przedstawicielach tej szkoły, którzy przewidywali jego nadejście.

Tym bardziej nie jest akademickim wykładem część druga - zbiór dość obszernych esejów tematycznie związanych z inwestowaniem i szkołą austriacką, ale nie do końca (mamy tu na przykład rozdział "Keynes jako spekulant", "Kto przewidział krach 1929 roku", czy "Opowieść o dwóch dolarach" – czyli krótką historię upadku pieniądza w XX i XXI wieku). Skousen wykazuje tu również swój talent narracyjny i polemiczny. Czyta się znakomicie, to świetna lektura na wakacje, kiedy dodatkowe kwanty wiedzy i informacji przyswajamy mimochodem. To ma być bowiem przyjemność, a nie twarda nauka. Jak pisze autor we wprowadzeniu "podczas czytania warto posłuchać wspaniałych dzieł klasycznych kompozytorów: może trochę Mozarta, Beethovena lub Straussa? Poleciłbym także elegancko podany sernik wiedeński, strudel z jabłkami lub tort Sachera. To powinno wprowadzić Cię w nastrój odpowiedni do robienia pieniędzy".

Powiedzmy też od razu, że książka Skousena automatycznie nie poprawi naszych umiejętności i wyników inwestycyjnych. Natomiast rozpoznawanie świata – na pewno. Jak pisze Skousen, "pomoże znaleźć odpowiedź na kluczowe pytania dla inwestora: czy można pokonać rynek, czy można przewidzieć przyszłą cenę akcji, złota, walut, etc, czy złoto, srebro i waluty chronią przed inflacją, jakie są najlepsze metody dywersyfikacji portfela". "Austriacy" najmocniej wśród ekonomistów bronią nie tylko wolnego rynku - także standardu złota.

Skousen nie jest fanatykiem złota, nie zaleca inwestowania w nie przy każdej okazji, jak tak zwani "golden bugs", bo doskonale wie, że czasem ceny złota spadają. Natomiast kończy swoją książkę stwierdzeniem, że historia dolara amerykańskiego jest ilustracją prawa Greshama o wypieraniu dobrego pieniądza przez zły. Jeszcze 50 lat temu dolar papierowy i srebrny równocześnie krążyły w obiegu i były wobec siebie wymienne. Ale stopniowo srebrna moneta jednodolarowa zaczęła zanikać, bo wartość srebra w niej zawartego liczona w papierowych dolarach rosła. "Od 1960 roku zły pieniądz – papierowy – stracił 90 procent swojej wartości, podczas gdy wartość pieniądza dobrego (pozostającego już poza obrotem) wzrosła 17-krotnie" – pisze Skousen. Oczywiście, ceny srebra mają swoje lepsze i gorsze lata, ale nie ulega wątpliwości, że w horyzoncie ostatnich 50 lat stale rosły (wykres można znaleźć tu: http://stooq.pl/q/?s=si.f&c=50y&t=l&a=ln&b=0), niekiedy nawet nadmiernie i wówczas gorączka srebra kończyła się gwałtownym spadkiem notowań. Skousen zaleca więc ostrożność w inwestycjach w złoto i srebro, ale pisze też w zakończeniu: "Jeżeli wszyscy czytelnicy skorzystają z mojej rady i zainwestują w dobry pieniądz, a następnie przekonają swoich znajomych, sąsiadów i współpracowników, aby zamienili pieniądze papierowe na srebrne i złote, może uda nam się wreszcie powrócić do zdrowego systemu monetarnego".

To na pewno nie jest "austriackie gadanie"*). Choć może też i nie austriacka teoria. Raczej powiedziałbym austriackie marzenie. Niestety, tylko marzenie.

*) młodym czytelnikom wyjaśniam , że „austriackie gadanie” to, jak wyjaśnia słownik frazeologiczny, "mówienie bzdur, wygadywanie głupstw, wypowiedź bez sensu". Pochodzenie wyrażenia nie do końca jasne. Dotyczy II poł. XIX w. i prawdopodobnie nawiązuje do długich i jałowych wystąpień parlamentarnych w sejmie galicyjskim.