Pokaż/Ukryj opcje strony

Wartość nabywcza pieniądza

data publikacji: 21 Listopada 2015

autor: Dr Paweł Kowalewski, Instytut Ekonomiczny, Narodowy Bank Polski

Zapoznanie się z pojęciami ceny wewnętrznej i zewnętrznej pieniądza, nadal nie pozwala nam odpowiedzieć na pytanie jaka jest wartość posiadanego pieniądza. Co z tego, że wiemy ile wynosi stopa referencyjna NBP (1,5%) oraz to, że trzeba wyłożyć prawie cztery złote, aby nabyć jednego dolara. W końcu są jeszcze tacy wśród nas, którzy nie muszą pożyczać pieniędzy ani też nie wybierają się zagranicę w najbliższej przyszłości.

Niemniej osoby te są nadal żywotnie zainteresowane tym ile jest wart ich pieniądz. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: pewna osoba zapodziała w płaszczu zimowym banknot o nominale 100 złotych i zdała sobie z tego sprawę dopiero z początkiem następnej zimy (czyli załóżmy, że pieniądze przeleżały w zimowym płaszczu cały rok). Początkowo radość ze znalezienia banknotu była bardzo duża. Kto by się w takiej sytuacji nie ucieszył? Ale opisywana przez nas osoba po krótkiej chwili radości, zadała sobie ważne pytanie. Co by było, gdyby tych pieniędzy nie zapodziała w płaszczu i wydała je w ubiegłym roku? Chcąc odpowiedzieć na to pytanie, ocieramy się o szalenie ważny termin w ekonomii, a mianowicie wartość nabywczą pieniądza. Ale możemy, zanim napiszę o wartości nabywczej pieniądza, udzielić odpowiedzi na pytanie nurtujące opisywaną tutaj osobę. Jeśli jej 100 złotych przeleżało w płaszczu tej ostatniej zimy, to naprawdę nic wielkiego się nie stało. Jej pieniądze nie padły ofiarą inflacji, bo jej po prostu w tym czasie nie było. Była nawet deflacja, co oznaczałoby, że wartość jej pieniędzy mogła minimalnie wzrosnąć (wzrost byłby liczony w groszach). Ale dobra rada na przyszłość dla bohatera opisywanej tutaj historii. Niech nie przechowuje pieniędzy w płaszczu, bo zazwyczaj dotąd pieniądz w Polsce (przynajmniej od II wojny światowej) tracił na wartości w czasie. Innymi słowy, za znalezione w płaszczu 100 złotych w roku, powiedzmy, 1995 mógł kupić mniej dóbr niż w roku 1994. I jeszcze mniej niż w 1993, ale za to więcej niż w 1996 roku.

Niektóre instytucje dokonują podobnych analiz sięgających wstecz przynajmniej do połowy XVIII wieku. Czyli na przykład, ile wart byłby niewydany (i co ważne trzymany pod materacem) funt z 1750 r. Odpowiedź brzmi, że niewiele. A z kolei za funta z 1750 roku można było w Anglii tyle samo kupić co dzisiaj za ponad 190 dzisiejszych funtów. Wyniki tych analiz stanowią cenne źródło wiedzy dla każdego zainteresowanego kształtowaniem się wartości pieniądza na przestrzeni lat, a można o nich poczytać pod adresem internetowym: www.parliament.uk/briefing-papers/RP12-31.pdf.

Zakończmy nasz wywód o sile nabywczej pieniądza ciekawym przykładem - cena garnituru na przestrzeni lat. Ciekawe, ile on kosztował rok temu, dekadę temu, pięćdziesiąt lat temu, a nawet i 100 lat temu? Przeciętny człowiek raczej nie pamięta ile jego ojciec, dziadek, a tym bardziej pradziadek płacili za swój garnitur. Tym bardziej, że w wielu krajach na przestrzeni lat zmieniały się pieniądze w obiegu, co dodatkowo utrudnia wykonanie tego zadania. A jednak ktoś sobie zadał trud i policzył ile kosztował dobry garnitur na przestrzeni lat. I wynik okazał się bardzo interesujący. Otóż, jak się okazało, wartość tego garnituru naprawdę się nie zmieniła na przestrzeni lat. Jak to możliwe? Bo jego cena w przeprowadzonym badaniu nie była nominowana w pieniądzu, ale w złocie. Innymi słowy, za dobry garnitur należy zapłacić równowartość jednej uncji złota (czyli ponad 4000 złotych). Tak jest, tak było i najprawdopodobniej tak będzie.

Ale co dokładnie oznacza ponad 4000 dzisiejszych złotych? Aby dowiedzieć się, ile nasi przodkowie w swojej epoce płacili za podobny garnitur we wcześniejszych latach, to należy sprawdzić ile kosztowała uncja złota. A tu już wystarczy wejść na stronę prawie każdego banku centralnego, aby znaleźć odpowiedź na nurtujące nas pytanie. A więc złoto może być kluczem do zrozumienia wartości nabywczej w czasie. I był kiedyś taki okres, kiedy każdy pieniądz (nawet polski złoty w latach 1924-1939) miał swoją cenę wyrażoną w złocie (choć wymienialność na złoto trwała tylko do 1936 r). Powiązanie pieniądza ze złotem (którego początki sięgają pierwszej połowy XIX wieku) trwało tak naprawdę do początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. System oparty na tzw. walucie złotej miał szereg korzyści. Ułatwiał on między innymi przeliczanie jednego pieniądza na drugi. Bo jeśli za uncję złota należało, przykładowo, dać 500 funtów lub 1000 dolarów, to łatwo można wyliczyć, że za jednego funta należało dać dwa dolary albo za jednego dolara pół funta.

Rzeczywiście złoto stanowiło punkt odniesienia dla wielu towarów, w tym i dla samego pieniądza. A więc cenę pieniądza można było ustalić za pomocą złotego kruszcu. Relacja pieniądza ze złotem była jednak dość złożona. Bo obok złota, cenę pieniądza mierzono także za pomocą srebra, a taki stan rzeczy nazywano bimetalizmem. Za sprawą bimetalizmu, nasz największy astronom, Mikołaj Kopernik, zapisał swoje nazwisko nie tylko w podręcznikach do astronomii, ale także i do ekonomii. Wszystko za sprawą prawa, które w literaturze jest znane jako prawo Kopernika Greshama. A mówi ono, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Musimy jednak przy tym twierdzeniu na chwilę się zatrzymać.

Na pierwszy rzut oka, wydaje się ono mało logiczne. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają okres PRL, kiedy to dolar amerykański wypierał rodzimego złotego. I fenomen ten nie był ograniczony do naszego kraju. W wielu państwach dotkniętych kryzysem gospodarczym ludzie wolą rozliczać się w silniejszej walucie obcej niż w tracącej na wartości walucie rodzimej. A więc skąd się bierze prawo Kopernika – Greshama? Odpowiedź brzmi: ze specyfiki bimetalizmu. Otóż przez bardzo długi okres czasu (mierzony stuleciami) cena złota i srebra była ze sobą powiązana. Innymi słowy, za jedną uncję złota, należało zapłacić niespełna 16 uncji srebra. Jednak srebra było w obiegu znacznie więcej niż złota. Dlatego ludzie woleli tezauryzować (gromadzić) swoje oszczędności w lepszym pieniądzu, a posługiwać się nadal srebrem (a jego stała relacja względem złota czyniła możliwym taki proceder). Dlatego właśnie gorszy pieniądz wypierał (z obiegu) lepszy pieniądz. Czyli srebro wypierało złoto (za pomocą którego akumulowano swój majątek albo oszczędności).

Bimetalizm przetrwał do początków XX wieku. Jednak pierwszym krajem, który zerwał z bimetalizmem była Wielka Brytania, która powiązała swojego funta ze złotem już na początku XIX wieku. Innym krajom zajęło to znacznie więcej czasu, a za datę początku systemu waluty złotej uznaje się rok 1871, kiedy na system waluty złotej przeszła wschodząca wówczas potęga gospodarcza, jaką była niemiecka gospodarka. Co ciekawe, bardzo długo toczyła się debata w USA na temat tego co ma być wyznacznikiem wartości dolara. I dopiero po bardzo długich debatach USA zdecydowały się na wejście do systemu waluty złotej. W opisywanym tu systemie każda waluta miała swój parytet w złocie. I tak uncja złota kosztowała 4,25 funta oraz 20,67 dolarów USA. Tak więc można wyliczyć na podstawie tych danych cenę funta w dolarach. Otóż jeden funt kosztował ok USD 4,86, zaś  jednego dolara można było nabyć za niespełna GBP 0,21. Powiązanie walut (a zwłaszcza dolara) ze złotem w bardzo okrojonej formie przetrwało w porywach do początku lat siedemdziesiątych  ubiegłego stulecia (choć frank szwajcarski był formalnie wymienialny na złoto jeszcze do 2000 r.). Tak więc zerwanie ze złotem miało miejsce stosunkowo niedawno i dlatego wymagało opisania w tekście poświęconemu kursowi walutowemu.

Jedną z korzyści systemu waluty złotej był jej wysoki stopień stabilizacji. Kursy walut przez długi okres czasu się nie zmieniały. Nie brakowało temu systemowi też i wad. Jego największym krytykiem był jeden z najgenialniejszych ekonomistów wszechczasów J. M. Keynes, który nazwał go reliktem barbarzyństwa. Rzecz w tym, że nie wszystkie kraje miały taki sam dostęp do złota, a poza tym opisywany tutaj system był uzależniony od ilości złota na świecie. Ten stan rzeczy hamowałby rozwój gospodarczy. W jaki sposób? Złota nie ma zbyt dużo na tym świecie. Aby wyobrazić sobie ile jest złota na świecie, to wystarczy sobie wyobrazić sześcian o szerokości ok. 21 metrów. Taki sześcian byłby w stanie pomieścić całe wydobyte złoto tego świata. Sto lat temu było nas niespełna 2 miliardy na tej ziemi, a obecnie jest nas ponad 7 mld. Zasoby złota nie nadążają za szybkim przyrostu populacji ziemskiej. Oznaczałoby, że ilość złota na mieszkańca ziemi zmniejszyłaby się na przestrzeni ostatnich stu lat prawie czterokrotnie. Dalsze odwoływanie się do pieniądza mającego całkowite pokrycie w złocie oznaczałoby również znaczące zmniejszenie się pieniądza per capita na mieszkańca, co siłą rzeczy musiałoby się ujemnie przełożyć zarówno na wzrost gospodarczy jak i zasobność nas wszystkich. Dlatego ekonomiści od prawie stu lat szukali alternatywnych formuł wyceniania pieniądza. Jedną z nich okazał się stworzony przez Gustava Cassela parytet siły nabywczej, którym do dzisiaj zajmują się ekonomiści na całym świecie. O co chodziło z tym parytetem?

Parytet siły nabywczej (PSN) wywodzi się z prawa jednej ceny, którego autorstwo przypisuje się przedstawicielom Szkoły z Salamanki. Wspomniane prawo głosiło, że cena dwóch identycznych dóbr (pod nieobecność kosztów transakcyjnych i w świecie wolnym od barier celnych) w dwóch różnych miejscach (krajach) powinna być taka sama, jeśli będzie wyrażona w tej samej walucie. Parytet siły nabywczej mówi o koszyku dóbr, które najczęściej są spożywane przez ludzi. I jeśli za taki koszyk dóbr przyjdzie zapłacić w Szwecji 10000 koron, a Wielkiej Brytanii 1000 funtów, wówczas kurs funta do korony powinien wynosić 1:10 (czyli za jednego funta trzeba byłoby zapłacić 10 koron szwedzkich).

Do tak zdefiniowanego PSN szybko pojawiły się zastrzeżenia. Sprowadzały się one do specyfiki krajowej wpływającej na zawartość takiego koszyka. Np. koszyk hiszpański będzie zawierać więcej warzyw, owoców, owoców morza, a nawet wina niż koszyk niemiecki (gdzie udział mięsa czy piwa może być wyższy). Nie bez znaczenia jest także wysokość podatków płacona w tych dwóch krajach. Przecież różnią się one nawet na obszarze wspólnej waluty, jaką jest strefa euro. Dlatego dokonano modyfikacji, na skutek której zaczęto przywiązywać wagę do dynamiki zmiany cen interesujących nas koszyków. Dla zilustrowania zmodyfikowanego PSN odwołamy się do pewnego uproszczenia. Załóżmy, że na przestrzeni jednego roku ceny w koszyku brytyjskim nie uległy zmianie, a w szwedzkim wzrosły o 10%. Innymi słowy, nasz koszyk w Wielkiej Brytanii nadal kosztuje 1000 funtów, a w Szwecji (na skutek wzrostu cen) kosztuje on już 11 tysięcy koron. Różnica w dynamice wzrostu cen powinna mieć przełożenie na zmiany w kursach walutowych. W omawianym przypadku wyniosła ona 10% na rzecz Szwecji, co oznacza, że wszystko w tym kraju (łącznie z kursem funta) wzrosło o 10%.  Dlatego należy spodziewać się wzmocnienia funta (osłabienia korony) właśnie o 10%. Innymi słowy, po upływie analizowanego przez nas roku, kurs funta powinien wzrosnąć do poziomu 11 koron. Ale ile na swojej wartości straciła korona? Czy skoro funt zyskał 10%, to korona straciła 10% wobec funta? Nie! Poprawna odpowiedź będzie brzmiała 9,09% (wynik dzielenia 1/1,10). Ale odwołajmy się do podobnego przykładu, przy czym ceny w Wielkiej Brytanii nadal się nie zmieniły, a w Szwecji wzrosły o 100%. Czyli i kurs funta wzrósł o 100% i kosztuje już 20 koron zamiast dotychczasowych 10 koron. Tym samym za 100 koron otrzymamy 5 funtów zamiast dotychczasowych 10 (czyli połowę tego co otrzymywaliśmy wcześniej). Innymi słowy wartość funta względem korony wzrosła o 100%, a wartość korony spadła względem funta o 50% (czyli o połowę).

Czy parytet siły nabywczej jest tylko pojęciem teoretycznym? Nie! Jest on stosowany w praktyce, zarówno na szczeblu makro jak i mikro. Zacznijmy od makro. Jak można dokonać pomiaru zamożności społeczeństwa? Na pewno na podstawie tzw. produktu krajowego brutto (czyli tego co wytworzy cała gospodarka na przestrzeni jakiegoś okresu czasu, np. roku). Aby dokonać porównań, sprowadzamy poziomy PKB do wspólnego mianownika (czyli wspólnej waluty). Jeżeli takiej zamiany dokonamy po kursie rynkowym, to padamy ofiarą pewnej pułapki. Kursy rynkowe zmieniają się bardzo szybko i czasami zakres tych zmian potrafi być naprawdę duży. Między połową 2007 a połową 2008 roku, polski złoty zyskał względem dolara amerykańskiego prawie 50%. Mogłoby to oznaczać, że majątek przeciętnego Polaka (względem przeciętnego Amerykanina) w tym samym czasie wzrósł tyle samo. Wiemy jednak, że tak nie było. Dlatego też mierząc zamożność społeczeństwa, odwołujemy się do kursu wyliczanego na podstawie parytetu siły nabywczej.

Teraz kolej na zastosowanie parytetu siły nabywczej na szczeblu mikro. Weźmy jednego Amerykanina i Polaka. Ten pierwszy zarabia w USA 1000 dolarów (co stanowi równowartość 4 tysięcy złotych), a pensja jego polskiego kolegi wynosi 3 tysiące złotych. Który z nich jest zamożniejszy w swoim własnym kraju? Będzie nim Polak, bo jego trzy tysiące złotych jest wart więcej niż tysiąc dolarów w USA. Rzecz w tym, że niektóre towary, a przede wszystkim usługi (np. fryzjer kosztuje w Polsce ok 30 złotych, a w USA ok USD 20) są nadal droższe w USA niż Polsce. Tym samym Polak mógłby teoretycznie zafundować 100 kolegom usługi fryzjerskie, a jego amerykańskiego kolegę byłoby stać już tylko na 50 wizyt u fryzjera. Tezę, w myśl której Polak zarabiający 3000 złotych jest zamożniejszy od Amerykanina zarabiającego 1000 dolarów wspieramy wyliczeniami kursu mierzonego wartością siły nabywczej dokonanymi przez międzynarodową Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Można wejść na jej stronę i samemu się przekonać, że według parytetu siły nabywczej wartość dolara w przeliczeniu na złote wynosi ok. 1,8285 (http://stats.oecd.org/Index.aspx?datasetcode=SNA_TABLE4). Czyli trzy tysiące jakie otrzymuje Polak stanowi w Polsce mniej więcej tyle, ile ponad 1640 dolarów w USA.

Teoria parytetu siły nabywczej doczekała się wielu odmian, począwszy od bardzo skomplikowanych, kończąc na jednej bardzo prostej, wymyślonej przez brytyjski słynny tygodnik ekonomiczny, the Economist. W 1986 r. zabawił się z czytelnikami w eksperyment wyznaczenia kursu walutowego na podstawie hamburgera sprzedawanego w McDonaldzie. O ile sam the Economist potraktował tę zabawę niemal humorystycznie, inni ekonomiści podeszli do niej z całą powagą. I może dlatego tygodnik ten uaktualnia ten indeks każdego roku. Co ciekawe, tak definiowany kurs  może stanowić narzędzie prognostyczne. Rzecz w tym, że kurs walutowy w niektórych przypadkach może dążyć w średnim okresie czasu do poziomu wyznaczanego przez PSN. Innymi słowy, hamburger zastąpił wyżej opisywany koszyk dóbr jako narzędzie wyceny wielu walut, a jego skuteczność w przewidywaniu przyszłych ruchów walut nie jest wcale taka niska jak początkowo sądzono.

A dlaczego kursy rynkowe tak bardzo odbiegają od kursów wyznaczanych przez parytet siły nabywczej? Przyczyną są ogromne przepływy kapitałowe, za którymi stoją nie zawsze twarde prawa ekonomii, ale też specyfika rynków finansowych, gdzie inwestorzy dążą za wszelką cenę do maksymalizacji swoich zysków, czasami nawet kosztem optymalnej alokacji zasobów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze zagadnienie płynności oraz stopień powiązania danej gospodarki ze światem. Wielu inwestorów jest kuszonych przez wyższe stopy procentowe w tych krajach, gdzie mamy do czynienia z wyższą inflacji i wszelkiego rodzaju ryzykiem inwestycyjnym. Siła przyciągania kapitału za pomocą stóp procentowych jest odwrotnie proporcjonalna do ryzyka (zarówno natury ekonomicznej jak i politycznej). Im mniejsze ryzyko, tym skuteczniejsze są stopy procentowe w przyciąganiu kapitału do danego kraju i na odwrót. Z upływem czasu jednak, logika rynkowa często ustępuje miejsca logice ekonomicznej i powiązanemu z nią parytetowi siły nabywczej. Rzecz w tym, że wysoka cena pieniądza w długim okresie czasu jest premią za rozsądnie prowadzoną politykę gospodarczą (sprowadzającą się do zrównoważonego wzrostu, gospodarczego, wysokiego stopnia zatrudnienia oraz właśnie niskiej inflacji). Tym samym sprawdza się stara maksyma, w myśl której nie ma nic za darmo, a silny oraz powszechnie akceptowalny pieniądz jest jej najlepszym dowodem.