Pokaż/Ukryj opcje strony

John Stuart Mill - ostatni z wielkich klasyków

data publikacji: 1 Października 2014

autor: Marcin Szaleniec

Urodził się 20 maja 1806 roku. Nigdy nie chodził do szkoły - kształcił go ojciec - z sukcesami - pięcioletni John mówił już po grecku, nieco później nauczył się łaciny. W wieku lat 12 był już wytrawnym logikiem, a jako szesnastolatek - ekonomistą. Sam uważał, że intensywna edukacja dała mu 25 lat przewagi nad rówieśnikami. Przypłacił to załamaniem nerwowym w 23 roku życia.

Interesowały go filozofia, ekonomia, nauka o polityce i inne nauki społeczne. Jego światopogląd mieści się w nurcie liberalnym, choć Mill czytywał też socjalistów utopijnych, zwłaszcza Henri de Saint-Simona. Do końca życia pozostał jednak zwolennikiem indywidualizmu. W ekonomii był zwolennikiem Davida Ricarda.

Swoje dziwne dzieciństwo opisał w wydanej pośmiertnie "Autobiografii". Pierwszym znaczącym dziełem naukowym Johna Stuarta Milla był "System logiki dedukcyjnej i indukcyjnej". Zawarł w nim nie tylko swoje poglądy na logikę, jak sugeruje to tytuł, ale także na metodologię nauk przyrodniczych i możliwość zastosowania podobnych metod w naukach społecznych. Praca obejmuje więc także teorię nauki.

Poza ekonomią

Ekonomię uważał Mill jedynie za jedną z wielu nauk o człowieku. Nie można więc rozpatrywać jego poglądów na gospodarkę nie znając poglądów na filozofię, zwłaszcza etykę. Wyłożył je w rozprawie "Utylitaryzm". Celem ludzkiego życia, twierdzi w niej Mill, jest szczęście. Szczęście zaś polega na przyjemności i unikaniu cierpienia. To, co sprawia przyjemność i pozwala uniknąć cierpienia jest użyteczne. Człowiek kierujący się etyką utylitarystyczną powinien postępować tak, aby efekty jego czynów były użyteczne, to jest przyczyniały się do szczęścia jego lub innych ludzi.

Na zarzut, że etyka oparta na poszukiwaniu szczęścia stawia człowieka na równym poziomie ze świnią, Mill odpowiada, że przyjemności człowieka są innego rodzaju niż przyjemności świni. Autor "Utylitaryzmu" rozróżnia przyjemności wyższe i niższe. Celem ludzi wrażliwych estetycznie i intelektualnie jest poszukiwanie bardziej subtelnych i wyrafinowanych form przyjemności niż przez prostaków. Przy czym powstaje ciekawy paradoks - inteligentny i wrażliwy, ale nie do końca szczęśliwy esteta niechętnie skorzystałby z możliwości wymienia się rolami ze szczęśliwym prostakiem.

"Mało kto zgodziłby się na to, by zostać zamienionym w któreś ze zwierząt niżej zorganizowanych, w zamian za obietnicę najpełniejszego użycia przyjemności, których to zwierzę doznać może; nikt inteligentny nie zgodziłby się być głupcem, żaden wykształcony człowiek nie chciał by być nieukiem, żaden człowiek mający jakieś uczucia dla ludzi i wrażliwe sumienie nie chciałby być egoistą i człowiekiem podłym - nawet gdyby ich przekonano, że głupiec, tępak i łotr są bardziej zadowoleni ze swojego losu niż on ze swojego."

Utylitaryzm polega na robieniu przyjemności nie tylko sobie, ale także innym. Bohater, który poświęca się dla innych, też postępuje zgodnie z zasadami utylitaryzmu, pod warunkiem, że jego poświęcenie ma sens. Nie budzi natomiast szacunku Johna Stuarta poświęcenie ascety siedzącego latami na słupie, jako że poświecenie takie nikomu nie służy, nawet jemu samemu.

Bardzo dużo miejsca w "Utylitaryzmie" zajmuje analiza związków między użytecznością i sprawiedliwością. Sprawiedliwość, bezstronność i równość (przy czym Mill ma świadomość niejednoznaczności tych terminów). Sprawiedliwość wymaga, aby każdy otrzymał to, na co zasłużył. Wymaga też dochowywania zobowiązań. Niesprawiedliwe jest natomiast odebranie komuś przysługujących mu z mocy prawa lub ze względów etycznych uprawnień albo umożliwienia mu zdobycia tych uprawnień. Konkretnie: "uchodzi pospolicie za niesprawiedliwe pozbawić kogoś wolności osobistej, mienia i wszystkiego, co mu przysługuje na mocy prawa".

Mill analizuje różne koncepcje sprawiedliwości i dochodzi do wniosku, że to, co sprawiedliwe, jest tym samym użyteczne. Ludzie przywiązują do sprawiedliwości tak dużą wagę, ponieważ reguły, które zabraniają im krzywdzić się nawzajem i łamać zobowiązania są ważniejsze dla powszechnego szczęścia niż jakiekolwiek inne.

Obrona wolności

W kolejnej rozprawie "O wolności" Mill broni przede wszystkim wolności słowa. Uważa, że nie wolno tłumić opinii odmiennych od panujących z trzech zasadniczych powodów. Po pierwsze, zmuszając głoszących jakąś opinię do milczenia, nie można być pewnym, czy przypadkiem nie mają racji. Trudno wykazać fałsz komuś, kto ma zakneblowane usta.

Po drugie, tłumiona opinia może być rzeczywiście błędna, ale nawet błędne opinie zawierają czasem cząstkę prawdy. Panujące opinie rzadko są całą prawdą, pozostała część prawdy może dotrzeć do nas tylko dzięki kolizji przeciwstawnych opinii. Po trzecie wreszcie, nawet jeśli panujące opinie są całkowicie prawdziwe, to bez ciągłego wystawiania ich na krytykę staną się tylko kolejnym, przyjmowanym na wiarę, dogmatem. Z czasem oddziaływanie takiej zdogmatyzowanej doktryny na prawdziwe życie zanika, ludzie formalnie go wyznają, a w codziennym życiu kierują się już zupełnie czymś innym.

"Faktem jest jednak, że bez dyskusji zapomina się nie tylko uzasadnienia danej opinii, ale także nazbyt często jej znaczenia. Słowa, które ją wyrażają, przestają zaszczepiać idee, do przekazywania których były pierwotnie użyte, lub zaszczepiają tylko drobną ich cząstkę."

Jako klasyk liberalizmu, Mill bardzo mocno broni prawa do indywidualizmu. Indywidualizm jest oznaką siły charakteru, ten zaś oznacza posiadanie własnych, niezależnych od gustów i opinii społeczeństwa pragnień i popędu oraz umiejętności ich realizacji. Ludzi bez reszty podporządkowujących się dyktatowi tradycji i opinii innych przyrównywał do maszyn.

Społeczeństwo, w którym pozwala się ludziom rozwijać swoją indywidualność, jest więc zbiorowiskiem ludzi o silnych charakterach. Tylko dzięki indywidualnym różnicom ludzkość może się rozwijać, uniformizacja prowadzi do stagnacji. Jako negatywny przykład podaje Mill współczesne mu Chiny "naród utalentowany, a pod pewnymi względami nawet mądry", który osiągnął taką zgodność opinii, że już setki lat temu osiągnął wysoki stopień cywilizacyjnego rozwoju... i na tym poprzestał.

Ludzie, posiadający szczególne talenty, uzewnętrznią je tylko i wyłącznie wtedy, jeżeli pozwoli im się rozwijać swoje indywidualne cechy. "Geniusz może oddychać swobodnie tylko w atmosferze wolności", dobitnie stwierdza Mill. Zagrożeniem dla indywidualizmu nie jest już jednak, jak w dawnych czasach, tyrania władcy i Kościoła, ale "despotyzm opinii publicznej". Konformistyczna większość tępi wszelkie przejawy indywidualizmu, traktując je jako zagrożenie, czasami nawet za sprzeczność z naturą.

Powyższe wiąże się z millową niechęcią do totalnej władzy ludu, do demokracji, której nie narzucono ograniczeń. Wcześniejsi liberalni myśliciele, uważali, że w demokracji władzy nie powinno się ograniczać, bo ograniczanie władzy, to tak jak ograniczanie ludu, który ją wyłonił. Inaczej Mill, który uważał, że władza ludu to tak naprawdę władza większości lub najgłośniejszej partii. Ta większość może, jeśli się jej nie powstrzyma, tyranizować mniejszość. Taka tyrania społeczeństwa może być nawet bardziej dotkliwa niż tyrania jednostki, bo trudniej przed nią uciec.

Władza społeczeństwa nad jednostką nie powinna dotyczyć tych sfer, które dotyczą tylko jednostki. Ostro sprzeciwia się uchwalaniu praw regulujących prywatne zwyczaje obywateli, ich obyczaje, gusty, sposób prowadzenia się. Społeczeństwo może karać - prawnie lub tylko przez potępienie moralne - tylko te czyny, które niekorzystnie wpływają na interesy ogółu społeczeństwa. Jeśli jednak jakiś człowiek szkodzi tylko sam sobie, prawo nie może go potępić. Można takiego człowieka unikać, można namawiać go do zmiany postępowania, ale nie powinno się przymuszać do zmiany.

Mill sprzeciwiał się ingerencji rządu czy innej władzy także w tych wypadkach, kiedy taka ingerencja nie pociąga za sobą naruszenia wolności. Uważał mianowicie, że rząd nie powinien ustalać reguł działania jakiegoś przemysłu, argumentując, że "nikt nie nadaje się lepiej do kierowania jakąś sprawą lub decydowania, w jaki sposób i przez kogo ma być prowadzona, jak ci, którzy są w niej osobiście zainteresowani."

Nawet jeśli jednostki nie załatwią spraw lepiej niż urzędnicy, wyręczanie ich przez rząd jest demoralizujące. Obywatele stają się bowiem wtedy bierni, ubezwłasnowolnieni. Po trzecie, im więcej rząd ma obowiązków, tym więcej ma władzy.

"Gdyby zarząd dróg publicznych, kolei żelaznych, banków, towarzystw ubezpieczeniowych, wielkich spółek akcyjnych, uniwersytetów i towarzystw dobroczynnych znajdował się w ręku państwa (...) to mimo swobody prasy i wybierania prawodawców przez lud, kraj nasz czy jakikolwiek inny byłby wolny jedynie z imienia. Zło zaś byłoby tym większe, im sprawniej i bardziej naukowo skonstruowano by machinę administracji - im umiejętniej dobierano by do kierowania nią najzdolniejsze ręce i głowy" - ostrzegał.

Mill obawiał się rządów tłumu, groźnych jego zdaniem dla wolności jednostki. Obawiał się też rządów biurokracji, zwłaszcza, gdyby biurokracja ta miała składać się ze starannie wyselekcjonowanych i najzdolniejszych członków społeczeństwa. Taka biurokracja z czasem zaczęłaby dbać tylko o własne interesy i promować tylko takie reformy, które jej służą. Takiej biurokracji nie można się pozbyć ani w drodze wyborów, ani nawet rewolucji, gdyż żaden władca czy demokratyczny rząd nie potrafiłby już bez niej rządzić.

Wolne może być tylko i wyłącznie takie społeczeństwo, które potrafi w razie potrzeby zorganizować się samo, bez pomocy czy nawet wiedzy rządu. Niestety, wszechwładza biurokracji powoduje, że ludzie nie uczą się samodzielności, współdziałania i brania swoich spraw w swoje ręce.

Mill ekonomista

John Stuart Mill definiuje ekonomię jako "naukę badającą prawa takich zjawisk społecznych, które powstają z połączonych działań ludzi, podejmowanych w celu produkowania bogactwa, o ile zjawiska te nie są modyfikowane przez pogoń za jakimś innym przedmiotem".

Według niego ekonomia jest nauką abstrakcyjną, zakłada arbitralną definicję człowieka, tzw. homo oeconomicus (jednostka gospodarująca - pojęcie użyte po raz pierwszy przez Milla), w której każda istota ludzka stara się uzyskać jak największą ilość rzeczy koniecznych do życia, wygód i luksusu, tak małą ilością pracy, trudu i wyrzeczeń, jak tylko pozwala na to dany stan wiedzy. Zgodnie z tym założeniem, jeżeli robotnik może osiągnąć wyższą płacę, kapitalista większy zysk, a właściciel ziemi większą rentę, będą razem współdziałali, tak aby to osiągnąć.

Przyjęcie tego sztucznego cokolwiek założenia sprawia, że wnioski wyciągnięte przez naukowców są prawdziwe jedynie w abstrakcji. To samo dotyczy jednak wszystkich nauk, nawet matematyki. Mill podaje tu przykład geometrii, która operuje pojęciem linii, choć linie kreślone w praktyce nie są i nie mogą być takie same jak w teorii. Nikt jednak nie twierdzi, że twierdzenia geometrii są bezużyteczne, że lepiej jest poprzestać na "praktyce" i doświadczeniu".

Jako filozof nauki Mill sporo uwagi poświęca nie tylko samym zasadom działania gospodarki, co jest przedmiotem działania ekonomii, ale przede wszystkim metodologii ekonomii, czyli sposobom badania prawidłowości gospodarczych. Uważa, że tak jak w innych naukach "moralnych" (politologia, socjologia, etyka, ekonomia itp.) powinno się stosować przede wszystkim metodę a prori, polegającą na abstrakcyjnej spekulacji. Ekonomista przyjmuje pewne założenia, a następnie z tych założeń dedukuje wnioski.

Niemniej Mill docenia też konieczność weryfikacji teorii przez porównywanie nowych faktów do sformułowanej już teorii. Przy tym przestrzega uczonych ekonomistów, by nie popadali w doktrynerstwo. Powinni oni zawsze starać się być "bezstronnymi krytykami własnych teorii i uwolnić się, na ile to możliwe, od tej niechęci, od której niewielu badaczy jest całkowicie wolnych, do uznania rzeczywistości, czyli znaczenia jakichś faktów, których uprzednio nie brali pod uwagę lub do pozostawienia dla nich miejsca w swych systemach".

Prawa produkcji są według Milla prawami natury, podobnie jak prawo ciążenia. Nie mogą więc być zmieniane z woli człowieka lub przez instytucje. Natomiast prawa podziału nie są ustalone, są wynikiem rozwiązań społecznych i instytucjonalnych. Pod wpływem socjalistów, a szczególnie saint-simonistów, Mill wierzył w możliwość reform społecznych oraz interwencję społeczeństwa w podział dochodów.

Mill sprzeciwiał się jednak opodatkowaniu progresywnemu ze względu na jego antybodźcowy charakter. Jednocześnie opowiadał się za wysokimi podatkami od spadków.

Eklektyzm Milla w dziedzinie teorii ekonomii przerzucił się na jego poglądy dotyczące polityki gospodarczej i socjalnej. Jego pisma wykazują tak dużą domieszkę poglądów, że nie trudno go przypisać do jakiejś jednej doktryny. Był po trosze zwolennikiem leseferyzmu, interwencjonizmu, a nawet socjalizmu.

Mill jest postrzegany jako kontynuator Smitha i Ricardo, a zwłaszcza tego drugiego. Różni go jednak od nich przyjęta przez niego teoria wartości. Inaczej niż Smith i Ricardo, Mill nie opierał teorii wartości na pracy, ale na kosztach produkcji. Odrzucił poszukiwanie wartości bezwzględnej, opartej na jakimś pojedynczym czynniku, takim, jakim była praca lub odpowiednia ilość zboża u Smitha. Uważał, że celem teorii wartości jest wyjaśnienie sposobów kształtowania się relacji cen.

Mill rozwinął i doprecyzował teorię handlu zagranicznego Ricarda, opartą na korzyściach komparatywnych. Bronił prawa rynków [Saya] przed krytyką Malthusa i Sismondiego. Mill wykazał, że w gospodarce naturalnej, opartej na wymianie barterowej, nie może być nadprodukcji, albowiem decyzja o dostarczeniu towarów na rynek przyjmuje z góry istnienie popytu na towary. Nie zmienia tego wprowadzenie pieniądza jako środka wymiany. Nadmiar podaży może wystąpić natomiast wtedy, kiedy pieniądz funkcjonuje jako środek do przechowywania wartości. Nadmierna ekspansja kredytowa może doprowadzić do tego, że pod wpływem oczekiwań producentów i konsumentów powstanie nadwyżka popytu nad podażą.

Może się zdarzyć, że nadmierna emisja pieniądza w czasach prosperity pociągnie za sobą kryzys nadprodukcji z powodu przypływu pesymizmu na rynku. Oddajmy głos Millowi: "W takich czasach istnieje rzeczywiście nadmiar wszystkich dóbr ponad pieniężny popyt; innymi słowy, istnieje tu niedostateczna podaż pieniądza. Z powodu nagłego unicestwienia wielkiej masy kredytu, nikt nie chce pozbywać się gotówki, a wielu stara się o uzyskanie jej za wszelką cenę. Dlatego każdy chce sprzedać, a mało kto kupić".

W "Zasadach ekonomii politycznej", swoim najważniejszym dziele z zakresu ekonomii, Mill wyróżnia dwa rodzaje kapitału. Pierwszy z nich to tzw. the co-operative capital, zwiększający możliwości produkcyjne człowieka. Przykładem są tutaj silniki parowe, maszyny i narzędzia. Drugi rodzaj kapitału nazywa kapitałem renumeratywnym, służy on do wymiany za pracę. Zalicza się do niego wszystko, czego robotnik potrzebuje do życia, czyli żywność, ubrania, herbatę i tak dalej, tworzące razem narodowy fundusz płac.

Za pomocą kapitału renumeratywnego kapitaliści opłacają pracę robotników, przy czym mniej istotne jest to, czy dzieje się to za pośrednictwem pieniądza, czy na zasadach barterowych. Na rynku znajdują się więc dwa "towary" - praca i kapitał renumeratywny. W zależności od ilości jednego i drugiego kształtują się płace.

Jeśli w kraju posiadającym dany zasób kapitału pojawiają się dodatkowi nieproduktywni konsumenci i nie zatrudnią swoich nowych pracowników, ich konsumpcja zmniejsza narodowy fundusz płac, chyba, że jest to skorygowane przez większy import. Gdyby jednak ta nowopowstała klasa nieproduktywna pojawiła się razem ze środkami na swoją konsumpcję, zatrudniliby robotników, zwiększyłoby to władzę robotników nad kapitałem renumeratywnym. W takim wypadku klasy nieproduktywne, dotychczasowe i ta nowa, musiałyby płacić więcej za tę samą płacę.

"Płace zależą więc od popytu i podaży pracy, lub - jak to się często określa - od proporcji Populacji i Kapitału" - wyjaśnia Mill. Przy czym Populacją są w tym wypadku tylko klasy pracujące, a Kapitał oznacza kapitał przeznaczony na zakup pracy.

Mill dochodzi do wniosku, że pojawienie się maszyn zmniejsza dochody robotników. Jeżeli kapitał enumeratywny, czyli żywność, ubrania i inne środki konieczne do życia są zamieniane na kapitał kooperatywny, czyli maszyny - zmniejsza się ilość tego pierwszego, czyli fundusz płac. Przy tej samej populacji płace muszą więc spaść. Dodatkowo, maszyny mogą zastępować częściowo pracę ludzką, co powoduje, że jeszcze bardziej spada na nią popyt.

Wydaje się, że podstawowym błędem w tym rozumowaniu było pominięcie przez Milla faktu, że maszyny też zużywają dobra - surowce, energię itp. Wprowadzenie maszyn wprowadza więc dodatkowy popyt na kapitał renumeratywny, przez co płace zwiększają się.

Uznając fundusz płac za mniej więcej stały, Mill postulował ograniczenie przyrostu ludności, aby nie dopuścić do spadku płac z powodu zbyt licznej klasy robotniczej. Środkiem do tego miało być między innymi podniesienie minimalnego wieku zawierania małżeństw.

Przez całe życie Mill wahał się między czysto wolnorynkowym podejściem do gospodarki, które dyktowała mu ceniona przezeń ekonomia klasyczna, a dążeniem do reformy społecznej, motywowanym jego głębokim zainteresowaniem poprawą losu jednostek. Odrzucił jednak socjalistyczne potępienie własności prywatnej i konkurencji.