Pokaż/Ukryj opcje strony

J.Ch.L. Sismonde de Sismondi- liberalizm gospodarczy

data publikacji: 1 Października 2014

autor: NBPortal

Ledwie kapitalizm zaczął się rozwijać, a już napotkał na ostrą i merytoryczną krytykę. I to kogo? Historyka z wykształcenia, farmera i bankowca z doświadczenia. Ale chyba tylko ekonomiści mogą docenić dziś, jak bardzo swoją krytyką Sismonde de Sismondi "pchnął" do przodu nie tylko ówczesne myślenie o kapitalizmie, ale także to, jak bardzo przyczynił się do współczesnego modelu rynku i zasad nim rządzących - z całą pewnością jego wkład jest nie mały.

Łódź się budziła...

"Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęły się zrywać coraz zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami niby chór potwornych kogutów, piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy.

Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska i wysmukłe szyje-kominy majaczyły w nocy, w mgle i w deszczu - budziły się z wolna, buchały płomieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię." A potem praca - o porannej herbacie grzechem było pomyśleć i dobrze, że przez cały dzień znalazła się choćby kromka chleba, najczęściej kilkanaście godzin w brudzie, duchocie i pyle. Za grosze. A życie ludzi na wsiach? Czasami jeszcze większa nędza. Gdy tymczasem właściciele takich fabryk opływali wręcz w luksusy i bogactwa i mieli swoje "ziemie obiecane".

Nie, niestety Sismonde de Sismondi nie mieszkał w Łodzi, a ów cytat pochodzi z "Ziemi obiecanej" Władysława St. Reymonta. W zasadzie jednak świt z powieści Reymonta nie różnił się wiele od poranka w XIX-wiecznym Londynie, Lyonie, czy wreszcie Genewie, gdzie Sismondi żył i pisał. A pisał, bo widział właśnie to nędzne życie biedoty na wsiach i w miastach, zmagania takich, jak kilka dziesięcioleci później Borowiecki, Moryc i Maks, ale i szybko rosnące gigantyczne fortuny takich, jak Bucholz. Wszędzie było podobnie, ale by mieć pełny obraz rzucimy okiem na całą Europę i cofniemy się o około 200 lat.

Mamy początek drugiej połowy XVIII wieku, rodzi się kapitalizm - w Anglii powstają przędzalnie bawełny, a na początku lat 80. także we Francji. W 1808 we Francji jest 326 przędzalni, a niespełna 20 lat później ich liczba zwiększa się prawie dwukrotnie. Ale w rzeczywistości te narodziny "nowej gospodarki" to wojna ustrojów - w większości krajów europejskich dominuje bowiem drobne rolnictwo i rzemiosło, praca rękodzielnicza i małe - w większości - majątki ziemskie chłopów.

Rozwój produkcji kapitalistycznej to okres wzrostów i kryzysów. W latach 1787-1788 r. w Anglii wybucha ostry kryzys w chyba najważniejszej ówcześnie gałęzi produkcji - przemyśle bawełnianym. Potem pojawiają się kolejne - 1797, 1810, 1825. Sytuacja stabilizuje się na początku drugiej połowy XIX w. - wtedy też kapitalistyczne formy produkcji fabrycznej przenikają do innych krajów Europy Zachodniej: Szwajcarii, Belgii, Niemiec. Konkurencja powstających fabryk "wykańcza" drobnych producentów tak w mieście, jak i na wsiach. Dlatego wszędzie obserwujemy postępujące rozwarstwianie się społeczeństw - z jednej strony szybkie powiększanie kapitału i bogactwa narodowego, a wraz z nim prywatnych fortun, z drugiej natomiast, może nawet jeszcze szybsze, powiększanie się i tak licznej wtedy rzeszy biedoty.

Nędza zmusza ludzi do migracji ze wsi do miast, ale nie wszyscy znajdują pracę - powiększa się liczba bezrobotnych i żebraków. Taka sytuacja rodziła przeświadczenie, że należy powstrzymać rozwój kapitalizmu, który nie jest wynikiem obiektywnej konieczności, postępu, biegu historii, ale rezultatem degeneracji etyki i moralności. Takie odczucia ogarniały zwłaszcza wielu intelektualistów. Jednym z nich był, przejęty i pozostający pod wielkim wpływem swojego rodaka z okresu oświecenia Jana Jakuba Rousseau, właśnie Sismonde de Sismondi.

Jean Charles Leonard Sismonde de Sismondi (1773-1842) urodził się w Genewie, w rodzinie protestanckiego pastora. Z wykształcenia był historykiem, ale prowadząc najpierw gospodarstwo rolne, a potem pracując w banku zdobył wiedzę bardzo rozległą. Pozwoliła mu ona toczyć, i to czasami także udane, boje z największymi ekonomistami okresu - Ricardo, Millem i Say’em, którego krytykuje najostrzej. W swoich dziełach polemizował również z Adamem Smithem - w napisanym w 1803 r. Richesse Comerciale (Bogactwo handlowe) podąża ścieżkami wytyczonymi przez Adama Smitha, ale już w napisanym 16 lat potem Nouveaux principes d’economie politique (Nowe zasady polityki ekonomicznej) wytoczył swoje największe działa przeciwko swojemu niedawnemu autorytetowi. W niektórych poglądach ostatecznie zgadzał się z klasykami, ale w przypadku większości teorii pozostał przy swoich. Krytykował kapitalizm, ponieważ widział w nim wewnętrzne sprzeczności. Fundamentalną była dla niego sprzeczność między produkcją a konsumpcją, która była również jedną z podstawowych zasad ekonomii klasycznej. Zaczął więc swoje argumenty od definicji haseł ogólnych.

Ekonomia polityczna prezentowana przez klasyków była nauką o czynnikach pomnażających bogactwo narodowe. Na takie widzenie sprawy Sismondi nie godził się. Uważał, że powinna ona być swoista teorią dobrobytu, czymś pośrednim między etyką a polityką gospodarczą państwa. Sismondi zgadza się tutaj z fizjokratami, że nie należy szukać tendencji rozwojowych, ale ustalić naturalne zasady, jakimi powinien się kierować rząd podczas wytyczania ram gospodarki - ustalania ilości sektorów gospodarki, ich organizacji i wielkości produkcji w każdym z nich, relacji ich łączących, a także - bardzo ważna rzecz - podziału dóbr materialnych, czyli podziału zysków.

Dlatego też, m.in. obserwując nędzę ludzi, krytykuje w kapitalizmie pogoń za zyskiem, prymat interesów produkcji kosztem szarego obywatela. Owszem produkcja jest ważna, ale przecież człowiek - powiada z przekonaniem Sismondi - zmuszony jest produkować tylko po to, by zaspakajać swoje potrzeby.

Z równie dużym przekonaniem twierdzi, że wielkość produkcji powinna zależeć wyłącznie od wielkości populacji - tutaj po raz pierwszy nawiązuje do sprzeczności konsumpcji i produkcji. Uważa, że "należy ich [bogactw] wzrost dostosować do wielkości wzrostu ludności i dokonywać podziału ich między tą ludnością w pewnym stosunku, którego nie można bezkarnie naruszyć." Ale w rzeczywistości zdarza się często, że dochód nie wzrasta razem z liczbą ludności - bywa, że liczba obywateli rośnie, a dochód nie. Tu widzi nasz bohater zasadniczą różnicę pomiędzy swoimi poglądami, a teorią głoszoną przez Ricarda, Saya, czy Malthusa. Uzasadnia jednocześnie, że źródłem braku tej równowagi jest to, że właśnie produkcja tworzona jest dla zysku, a nie dla potrzeb społeczeństwa, zaś producent dąży wyłącznie nie tylko do czczego bogacenia się, ale bezmyślnego rozwijania w nieskończoność produkcji (bezmyślnego, ponieważ może ono doprowadzić go do kryzysu. Ale do tego dojdziemy).

Sismondi twierdząc, że wielkość produkcji powinna być zgodna z potrzebami społeczeństwa, posuwa się jeszcze dalej. Tłumaczy, że jest pełen podziwu dla geniuszu ludzkiego umysłu, wynalazków epoki i nie jest przeciwny maszynom, ale perspektywa ich niezwykle szerokiego zastosowania budzi jego wielkie obawy. Uważa, że postęp i technikę należy wdrażać w życie tylko na tyle, na ile wzrosną potrzeby społeczeństwa. Próbuje udowodnić, że ekspansywne wprowadzanie do przemysłu maszyn spowoduje wiele społecznego nieszczęścia - pracę ludzi będą wypierały maszyny zbyt gwałtownie.

W myśl teorii, że to "bogactwo jest dla człowieka, a nie człowiek dla bogactw" nie dostrzega jednak subtelnej różnicy: to nie postęp sam w sobie jest czymś złym, ale złe spożytkowanie jego owoców, a mówiąc dokładniej - przejęcia większej części zysków przez właściciela fabryki, przy zaniżaniu płacy robotników. Fabrykant mógł sobie pozwolić na taki wybieg, ponieważ w okresie silnego zmechanizowania pracy pojawiły się rzesze niepotrzebnych rąk do pracy, a tym samym silna konkurencja na rynku pracy. Niskie koszty produkcji i wysokie zyski w tym sensie wynikały właśnie z postępu technicznego. Tutaj też, skoro padło już słowo zysk, powinniśmy przyjrzeć się bliżej właśnie tym podstawowym zagadnieniom: cena, wartość produkcji. Sismondi tu także poróżnił się ze zwolennikami liberalizmu gospodarczego.

Źródłem wartości (czyli tego skąd się bierze cena towaru, a potem na podstawie czego wyliczany jest koszt produkcji) jest dla Sismondiego ludzka praca - w tym poglądzie jest zgodny z klasykami. Ale przy ustalaniu kosztów produkcji istotny jest naturalnie czas, jaki pracownik potrzebuje na wykonanie określonej pracy. I tu już drogi naszego bohatera i klasyków rozchodzą się. Tzw. czas społecznie niezbędny, który ma decydować o wielkości wartości, rozumie Sisomondi tylko jako czas zużyty na wyprodukowanie tych towarów, które znalazły efektywny zbyt na rynku. Pracę, która została faktycznie włożona w wyprodukowanie określonej ilości dóbr, a które nie zostały przez społeczeństwo spożytkowane (nie zostały zakupione, ani skonsumowane), tę pracę uważa Sismondi za zmarnowaną. Popełnia jednak błąd - rozróżniając popyt efektywny od popytu "wirtualnego" nie dostrzega związku i różnicy, przeciwieństwa pomiędzy ceną i wartością - identyfikuje cenę i wartość. Ten błąd wyraźniej zaznaczy się, kiedy będzie mowa o poglądzie Sismondiego na dochód.

Przy okazji mówiąc o wartości produkcji Sismondi zauważał także zjawisko powstawania tzw. wartości dodatkowej, czy nazywanej przez siebie "nadwartości". Chodziło o to, że robotnicy przy wzroście produkcyjności pracy generowali większe zyski, niż wynosiły ich koszty utrzymania. Nadwyżkę produktu pracy robotnika zawsze zabierał naturalnie właściciel fabryki. Sismondi, w wielu miejscach próbował podważyć ową "nadwartość", ale głównie podnosił argument o sprawiedliwości. Próbował walczyć o ową nadwyżkę, ale nie chodziło mu o jej zlikwidowanie, lecz o sprawiedliwą zapłatę dla robotnika za wykonaną pracę. "Sprawiedliwą" w znaczeniu, jakie przedstawił św. Tomasz z Akwinu. Był także zdania, że płace oraz świadczenia społeczne należy traktować nie tylko jako element kosztów produkcji, ale także jako czynnik kreujący popyt, z tym, że należy tymi dodatkowymi świadczenia obarczyć bezpośrednio przedsiębiorstwo.

Dokonując jednak rozkładu wartości pojedynczego towaru rozwinął polemikę na szeroki temat dochodu oraz związków pomiędzy konsumpcją a produkcją.

Sismondi tłumaczy, że poprzez inwestycje i oszczędzanie zwiększa się produkcja. To z kolei wiąże się z zatrudnianiem kolejnych pracowników. Generują oni nowe dochody w postaci zysku i płacy, które odpowiadają zwiększonej podaży dóbr. Sismondi wskazuje jednak, że może się zdarzyć, że owa nowa produkcja zacznie niszczyć inną. Albo, że właściciel fabryki zacznie zwiększać zysk obniżając zarobki pracowników. Wtedy taka nowa produkcja nie wnosi nic do dochodu narodowego, może natomiast przyczyniać się do napięć wśród społeczeństwa. Sismondi twierdzi także, że korzystne jest rozproszenie produkcji - uważa bowiem, że robotnicy w mniejszych zakładach zarabiają więcej niż zatrudnieni u dużego fabrykanta.

Sismondi podejmuje także polemikę z Ricardo na temat tzw. teorii kompensacji. Teoria ta mówiła, że robotnicy wypierani przez maszyny znajdują zatrudnienie w różnych gałęziach przy ich produkcji. Tymczasem Sismondi, po zgromadzeniu wielu argumentów oraz konkretnych praktycznych przykładów wykazuje, że jest zupełnie inaczej, i co ciekawe - Ricardo przyznaje po latach rację Szwajcarowi.

No i wreszcie rzecz być może najważniejsza. Klasycy uważają, jak mówi Sismondi, że wzrost produkcji jest równoznaczny z ze wzrostem popytu. Dochód owszem, mówi Szwajcar, wypływa z produkcji, ale sama produkcja to jeszcze nie dochód (vide dostosować produkcję do potrzeb społeczeństwa). Z dochodem mamy do czynienia wtedy (jak wspominaliśmy już), kiedy każda rzecz znajdzie swojego nabywcę. Sismondi uważa, że dochód ubiegłego roku opłaca produkcję w bieżącym. Tymczasem, o ile dochód z roku ubiegłego znamy, o tyle wartości produkcji w przyszłym roku nie. Co więcej, może się ona zwiększać i najczęściej jest większa - kontynuuje Sismondi. A wtedy może się okazać, że dochód jest niewystarczający dla zrealizowania nowego produktu.

Abstrahując od tego, że jest to założenie błędne, Sismondi przyczynił się nim do pogłębienia teorii związanych ze zjawiskiem nadprodukcji.

W ścisłej analizie zagadnień związanych z pieniądzem czy towarem wielkich zasług nie można przypisać Sismondiemu - nie pogłębił znacząco tych tematów. Wiele za to do powiedzenia miał na temat rynku wewnętrznego, czym przyczynił się do zgłębienia tematu nadprodukcji. Otóż Sismondi twierdził, że wraz z rozwojem kapitalizmu rynek wewnętrzny kurczy się, co zmusza kapitalistę do spojrzenia w stronę rynków zagranicznych, jako wykorzystania szansy na sprzedaż nadmiaru towarów. Ale gdy się to nie powiedzie, kryzys nadprodukcji staje się nieunikniony. W takim rozumowaniu Sismondiego pokutuje jego myślenie o produkcji, jako o konsumpcji wyłącznie osobistej.

Mimo błędnego rozumowania tej tezy Sismondiemu , udaje się w swoich poglądy uchwycić charakterystyczną cechę socjologiczną współczesnej sobie epoki - proces stopniowego, ale jednak dość szybkiego ubożenia klas uboższych, w porównaniu z gwałtownym rozwojem przemysłu i szybkim bogaceniem się warstw wyższych. Sismondi czasami bywa także określany przez marksistów jako ten, który dał "życie" proletariatowi - sile, której najwięcej miejsca poświęcił później Karol Marks. Sismondiemu daleko jednak do socjalizmu, tak jak i daleki jest od pomysłów likwidacji własności prywatnej. Ubolewa natomiast nad tym, że robotnik stał się niejako bezwiednie "cząstką maszyny" - coraz mniej znaczą jego kwalifikacje, praca stała się częścią kosztów produkcji. Zdaje sobie w pełni sprawę z uprzedmiotowienia siły roboczej w procesie produkcji.

Sismondiemu marzy się poniekąd powrót do czasów, kiedy rzemieślnik trzymał w dłoni swoje narzędzie, ponieważ marzy mu się państwo ze "społeczeństwem dobrobytu". Tymczasem gospodarka kapitalistyczna przełomu XVIII i XIX wieku nie sprawdza się - mówi Sismondi - i to pokazuje praktyka pokazuje praktyka: prowadzi do masowego bezrobocia i ubóstwa, a w efekcie do gwałtownego spadku konsumpcji, do długotrwałych kryzysów i załamania całego systemu. Uznawał, że są to wystarczające powody, aby przeciwstawić się ekspansji kapitalizmu w takiej postaci. Sprzeciwiał się monopolizacji i nadmiernej koncentracji kapitału. Zalecał ochronę drobnej wytwórczości, rzemiosła, usług i rolnictwa. Postulował też prawo robotników do zrzeszania się. Skoro pracodawcy mają prawo zmawiać się dla ustalenia minimalnej stawki płaconej robotnikom, to takie samo prawo powinni mieć zrzeszeni robotnicy, którzy dbaliby o to, aby otrzymywać godziwą zapłatę za wykonaną pracę. Patrząc z perspektywy dwustu lat, może my powiedzieć, że Sismondi stał się prekursorem ruchu związkowego.