Pokaż/Ukryj opcje strony

Private Equity - wybiło nowe źródło pieniędzy na rozwój firmy

data publikacji: 17 Lipca 2013

autor: Jan Cipiur

Jan Jakub Rousseau mówił na długo przed rozkwitem kapitalizmu, że pieniądze są jak ziarna - dają się pomnażać, lecz pierwszego dukata trudniej niekiedy zdobyć niż drugi milion. Trafność tego powiedzenia odczuł w swoim czasie każdy przedsiębiorca. O pieniądze na utworzenie firmy wprawdzie nieco łatwiej niż o doskonały pomysł biznesowy, ale trudności z ich zdobyciem i tak są wielkie.

Podstawowe źródło środków na uruchomienie własnego interesu to osobiste zasoby i oszczędności, lecz jest ich jednak niemal zawsze stanowczo za mało. Można wziąć wspólnika, ale to ryzyko, a poza tym nawet we dwójkę, czy trójkę można nie uzbierać tyle, ile trzeba. Niedostatek środków wiedzie zatem przedsiębiorcę do banków, gdzie można ubiegać się o odpłatne wsparcie przedsięwzięcia w formie pożyczki lub kredytu. 

Okrzepłe przedsiębiorstwa starające się o przejście do kolejnego (zazwyczaj kosztownego) etapu rozwoju rozglądają się w poszukiwaniu nowych funduszy po rynku papierów wartościowych. Na giełdzie można np. sprzedać własne akcje. Ich nabywcy przekazują firmie pieniądze w zamian za obietnicę przyszłych zysków. Akcje są świadectwem własności lub współwłasności i stanowią obietnice wypłaty ewentualnych zysków noszących nazwę dywidend. Popularnym źródłem pozyskiwania środków finansowych dla firmy są ponadto obligacje. Obligacja to forma pożyczki. Od pożyczki bankowej odróżnia ją to, że gdy udziela jej bank wierzyciel jest jeden, a gdy pożyczka ma formę obligacji jest ich nieporównanie więcej – niekiedy nabywców obligacji, czyli wierzycieli danej firmy mogą być miliony.

Przez wiele dziesięcioleci, po wyczerpaniu tych możliwości, przedsiębiorca stawał przed ścianą. Innych szans zorganizowania legalnej gotówki na uruchomienie lub rozwój biznesu już nie było. Na dobre, czy na złe, świat idzie jednak stale naprzód. Dziś adresów pod jakie może kierować się człowiek interesu w poszukiwaniu pieniędzy na inwestycje jest zatem więcej. Jakieś 40 lat temu pojawiły się np. nowe rozwiązania i możliwości kryjące się pod określeniem private equity.

Słowo equity ma wiele znaczeń, lecz w tym przypadku tłumaczenie jest jednoznaczne. Private equity to kapitał prywatny pozbierany z najróżniejszych źródeł (mogą to być osoby fizyczne, ale najczęściej są to osoby prawne, czyli firmy, banki, najrozmaitsze fundusze, np. emerytalne…) i zorganizowany w formie funduszu przypominającego spółdzielnię. Jeśli jednak jeden udział w spółdzielni to setki lub najwyżej tysiące złotych, to wstęp do funduszu private equity (dalej w tekście będą nazywane „funduszami PE") dają dopiero miliony. Miliony te są następnie inwestowane przez dany fundusz PE w przedsiębiorstwa z szansami na sukces – najlepiej wielki. Celem jest pomnożenie wartości firm przejętych (kupionych) przez fundusze PE. Po kilku, a niekiedy kilkunastu latach następuje sprzedaż firm przejętych przez private equity i rozliczenie z inwestorami, którzy włożyli swoje pieniądze do takiego funduszu.

Pierwsze fundusze PE pojawiły się nie gdzie indziej tylko w Stanach Zjednoczonych. Tam od 100 lat z okładem rodzą się najważniejsze nowatorskie rozwiązania finansowe i tam najwięcej jest majętnych ludzi, a tylko tacy mogą być uczestnikami (inwestorami) funduszów private equity. Wg Boston Consulting Group, w USA jest 5,1 mln milionerów. W wielkościach bezwzględnych najwięcej w świecie, chociaż w przeliczeniu na wszystkich mieszkańców Ameryka jest dopiero na 7 miejscu rankingu, bo szczyt okupuje Singapur, gdzie co szósty obywatel ma majątek wart co najmniej milion dolarów. Po Ameryce, w ekspansji pomysłu private equity, przyszła kolej na inne kraje, w tym Polskę. Obecnie w naszym kraju działa kilkadziesiąt zagranicznych i rodzimych funduszy PE.

W pierwszych, dziś już historycznych, fazach działalności przedmiotem zainteresowania funduszów PE były najczęściej nieopierzone firmy, których głównym, jeśli nie jedynym „kapitałem" był intrygujący, dobrze rokujący pomysł biznesowy. Takie przedsięwzięcia wymagały zastrzyku kapitału, ale w grę nie wchodziły wielkie kwoty. Początkowo dominowało zatem zaangażowanie określane jako venture capital (przyjęło się tłumaczenie – kapitał wysokiego ryzyka, ale chodzi tu bardziej o kapitał dla śmiałków na śmiałe przedsięwzięcia), seed capital (od ziarna i jego zasiewu), czy early stage capital (kapitał na wczesny etap).

Najsłynniejsze przedsięwzięcia wyrosłe na wsparciu kapitałowym ze strony funduszy PE, udzielonym swego czasu ryzykantom bez żadnego jeszcze istotnego dorobku, to m.in. Sun Microsystems, Amazon, Intel, eBay, FedEx, czy wreszcie Google. Wraz z poszerzaniem się możliwości inwestycyjnych działalność określana jako venture capital nie zeszła wprawdzie na zupełny margines, ale jest jednak dzisiaj na dość odległym planie. Wyparły ją przejęcia dużych i wielkich firm, czyli mergers & acquistions (M&A) dokonywane z nadzieją na szybkie i znaczne powiększenie ich wartości. To tego rodzaju transakcje stanowią obecnie sól private equity.

Poza paroma wyjątkami, firmy na liście największych zakupów dokonanych przez fundusze private equity mało mówią polskiemu czytelnikowi. W pierwszej dziesiątce mieści się np. przejęcie w 2007 r. koncernu hotelarskiego Hilton. Fundusz Blackstone z USA musiał wówczas zapłacić za pakiet kontrolny tej sieci aż 26 mld dolarów. Rekord dzierży jednak amerykański fundusz KKR (Kohlberg Kravis Roberts), który w 1989 r. przejął giganta tytoniowego i żywnościowego RJR Nabisco za 31,1 mld dolarów. Uwzględniwszy inflację, dziś byłoby to ok. 57 mld dolarów.

Wzmaganiu aktywności inwestycyjnej w formie private equity sprzyjały w końcu XX wieku wielkie procesy prywatyzacyjne zapoczątkowane wówczas w świecie zachodnim. Było po prostu co kupować. Silnym bodźcem było również bardzo duże złagodzenie reżimów podatkowych, ponieważ stanowiło silną zachętę do obracania wolnymi środkami (wysokie podatki zniechęcają, bo zbyt dużą część ewentualnego zysku będącego nagrodą za aktywność i umiejętność dobrego inwestowania zabiera urząd skarbowy). Swoje zrobił ponadto dynamiczny rozwój sektora bankowo-finansowego, który dostarcza pożyczek będących uzupełnieniem (lewarem, dźwignią) dla kapitałów zgromadzonych na zasadzie private equity.

Faktyczna i techniczna strona inwestycji i działalności na zasadzie private equity to setki mechanizmów i miliony szczegółów. Fundusze albo same typują przedmioty swoich przyszłych akwizycji (zakupów), albo przeglądają tysiące propozycji nadchodzących od firm poszukujących wsparcia kapitałowego.

Warunkiem przejścia przez pierwsze sita selekcji jest profesjonalnie przygotowany, przekonujący program rozwoju interesu zwany biznesplanem. Jeden z funduszów venture capital działających w Polsce zwrócił uwagę, że ze stu otrzymanych przezeń biznesplanów ponad połowa została odrzucona już po pierwszej lekturze, następne 25 po dalszych kilku godzinach krytycznego badania, kolejnych 10 firm nie sprostało pogłębionej analizie. Z początkowej setki tylko kilkanaście przypadków dociera do zaawansowanych etapów analizy firmy, a tylko kilka przejdzie szczęśliwie przez negocjacje dotyczące warunków umowy i zakończy się inwestycją.

Tzw. horyzont inwestycyjny, czyli czas na jaki została kupiona dana firma nie jest zdefiniowany bardzo restrykcyjnie, ale dla sporej liczby, a nawet większości przedsięwzięć koncentruje się wokół 5 lat. W tym krótkim czasie firma ma „nabrać kolorów", po to aby mogła być ponownie wystawiona na rynek do sprzedaży z sowitym zyskiem dla funduszu i jego sponsorów. Postawienie świeżo przejętego przedsiębiorstwa na nogi przychodzi najłatwiej gdy chodzi o firmę, która znalazła się w tarapatach przypadkiem i bez własnej winy. Najczęściej jednak wymaga to wielkiego trudu. Trzeba z reguły wymienić kierownictwo, zdecydowanie odchudzić struktury, wymienić park maszynowy, zdobyć nowe rynki i odbiorców, przeprowadzić wiele innych operacji określanych znienawidzonym przez pracowników mianem restrukturyzacji połączonej z cięciem kosztów.

Fundusze PE są w tym dziele nieubłagane. Nie dlatego, że lubują się w zadawaniu cierpień pracobiorcom, ale tak muszą, bo inaczej nie miałyby racji bytu. Po umownych pięciu (ale też np. po dziesięciu) latach przychodzi czas sprzedaży. Nie jest to proste z kilku powodów, z których najistotniejszy jest ten, że łatwo to jest drogo kupić i tanio sprzedać. Tak, czy owak firma do odsprzedaży nazywanej w narzeczu fachowym dezinwestycją lub „wyjściem" (exit) musi wyglądać jak pączek w maśle, co wymaga sporo zachodu, który – jak każdy skuteczny wysiłek – ma swoją cenę. Niestety, pospolitość skrzeczy. W Europie wskaźnik „wyjść" z sukcesem wynosi w biznesie venture capital jedną czwartą, a w USA nieco powyżej jednej trzeciej. Każda udana inwestycja private equity musi zatem zarobić nie tylko na siebie, ale na kilka mniej udanych lub wręcz nieudanych przedsięwzięć, które w ostatecznym rozrachunku przyniosły straty.

Z danych agencji Thomson Reuters wynika, że w skali światowej transakcje fuzji i przejęć (M&A) dokonywane z użyciem środków private equity miały w 2012 r. wartość 321,4 mld dolarów i utrzymały się na poziomie z poprzedniego. W Europie rola funduszów PE jest znacznie skromniejsza. W najlepszym dotychczas 2006 roku inwestycje private equity stanowiły 0,6 proc. europejskiego PKB (Produktu Krajowego Brutto). Teraz wskaźnik ten wynosi ok. 0,3 proc. Wg EVCA (European Private Equity and Venture Capital Association), inwestycje tego typu wyniosły w 2011 r. na naszym kontynencie mizerne 44 mld euro.

Polska przewodzi pod tym względem w regionie środkowoeuropejskim. Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych oceniało w 2012 r., że tylko jego członkowie (43 fundusze) zainwestowali dotychczas w naszym kraju i regionie ok. 8 mld euro i mają teraz w swoich portfelach udziały ok. 700 spółek z Polski i Europy Środkowej. Udane przygody z private equity miały takie znane rodzime marki jak Budimex, Polfa Kutno, czy Zelmer, a teraz proces intensywnego uzdrawiania w formule private equity przechodzi po bardzo głębokich zaniedbaniach ze strony poprzednich właścicieli m.in. „Ruch", znany w Polsce z kiosków z prasą i masy sprzedawanych w nich drobiazgów.