Pokaż/Ukryj opcje strony

Fenomen gospodarczy Niemiec

data publikacji: 25 Października 2013

autor: Jacek Krzemiński

Spadające zadłużenie. Najniższy deficyt budżetu państwa w krajach zachodnich. Niska inflacja. Utrzymujący się wzrost gospodarczy. Bezrobocie – jedno z najniższych w UE (najmniejsze wśród osób młodych). Kolejne rekordy w wielkości eksportu towarów i usług – 1,4 bln euro w 2012 r. Ponad 150 mld euro nadwyżki w handlu zagranicznym. To Niemcy Anno Domini 2013, których gospodarka i jej obecny stan budzi podziw całego świata. Czemu to zawdzięczają?

Gdy w 2008 r. wybuchł globalny kryzys finansowy i światowa gospodarka dostała zadyszki, Niemcy znalazły się wśród tych państw, które najboleśniej to odczuły. Dlatego, że są krajem bardzo uzależnionym od eksportu, stanowiącego 52 proc. jego PKB. W 2008 r. Produkt Krajowy Brutto Niemiec jeszcze wzrósł, choć kilkakrotnie mniej niż w poprzednich dwóch latach, jedynie o 1,1 proc. To była jednak tylko kryzysowa przygrywka, bo w 2009 r. niemiecka gospodarka skurczyła się aż o 5,1 proc. Podobne załamanie gospodarcze przeżyła w tym czasie większość najbogatszych krajów zachodnich. Jednak wśród nich to właśnie Niemcy podniosły się z tej recesji w najbardziej imponującym stylu. Już w 2010 r. niemiecki PKB wystrzelił o 4 proc. w górę. Dla porównania: w całej strefie euro i Stanach Zjednoczonych wzrósł jedynie o 2 i 2,5 proc, w Wielkiej Brytanii – o 1,7 proc., w Holandii – o 1,5 proc., Włoszech i Francji – o 1,7 proc., a Finlandii – o 3,4 proc. Rok później niemiecka gospodarka tylko nieznacznie zwolniła, rosnąc o 3,3 proc. Bezrobocie w Niemczech, które w kryzysowym 2009 roku sięgało 8 proc., spadło pod koniec 2012 r. do poziomu 5,4 proc. Czyli najniższego w tym kraju od dwudziestu lat i dużo niższego aniżeli w całej strefie euro (11,9 proc.), wszystkich państwach OECD (8 proc.), w Stanach Zjednoczonych (7,8 proc.), Francji (10,7 proc.), Wielkiej Brytanii (7,7 proc.), Szwecji (8 proc.), Finlandii (8 proc.) i Kanadzie (7,3 proc.). Nie wspominając już o krajach południowej Europy czy Polsce. W zeszłym roku w całej UE jedynie dwa kraje miały niższą, ale tylko minimalnie, stopę bezrobocia – Austria i Holandia.

W ostatniej edycji Globalnego Rankingu Konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego Niemcy zajęły bardzo wysoką, czwartą pozycję, zawdzięczając ją m.in. bardzo dobrej jakości infrastruktury, zwłaszcza transportowej. W tymże rankingu wyprzedziły m.in. Japonię, USA, Hongkong, Wielką Brytanię, Holandię i Szwecję.
Do tego trzeba dorzucić niską, 2-procentową inflację u naszego zachodniego sąsiada, jego bardzo mały i wciąż zmniejszający się deficyt sektora finansów publicznych (w zeszłym roku Niemcy zanotowały nadwyżkę (0,2 proc.) oraz jeden z najmniejszych poziomów zadłużenia tego sektora wśród państw zachodnich. Dużo niższy niż w USA, Japonii, Kanadzie, Wielkiej Brytanii czy Francji.
Niemcy zawdzięczają ten sukces w dużej mierze swemu przemysłowi i jego eksportowi, który jest główną lokomotywą niemieckiej gospodarki. Eksport naszego zachodniego sąsiada rośnie niemal nieprzerwanie od 60 lat. W latach 2010-2012 mimo globalnego spowolnienia gospodarczego znów zaczął dynamicznie rosnąć, zwiększając się w tym czasie o 28,4 proc. Jeszcze kilka lat temu Niemcy były największym eksporterem świata. Dziś w tej kategorii ustępują jedynie Chinom i nieznacznie Stanom Zjednoczonym. Temu zjawisku towarzyszy inny niemiecki fenomen: Niemcy od 1952 r. mają nadwyżkę w handlu zagranicznym. Od ponad dekady przekracza ona 100 mld euro rocznie, niemal każdego roku jest coraz większa, a w 2012 r. znów pobiła rekord, sięgając 158 miliardów euro.

W tym roku Niemcy być może nie zanotują kolejnych takich rekordów, bo ich gospodarka już w zeszłym roku wyraźnie zwolniła. Głównie w związku z recesją w strefie euro. W 2012 r. niemiecki PKB zwiększył się tylko o 0,7 proc. Ten rok lepszy nie będzie: w I kwartale gospodarka Niemiec zanotowała zerowy wzrost w stosunku do poprzedniego kwartału, a w II kwartale zwiększyła się o 0,7 proc. Jednak mimo globalnego spowolnienia gospodarczego jego PKB ciągle rośnie i - jak przewiduje Międzynarodowy Fundusz Walutowy - będzie rosnąć w kolejnych latach. Znajduje to wyraz w utrzymującym się rekordowo niskim bezrobociu (5,2 proc. w sierpniu 2013 r.) i wyższych od planowanych wpływach z podatków. Niemiecki rząd postanowił te sprzyjające okoliczności wykorzystać do obniżenia zadłużenia i deficytu budżetowego państwa za pomocą tzw. konsolidacji fiskalnej państwa i zmniejszania zaciąganych długów. Jeszcze w kryzysowym 2009 r. wprowadził do swej konstytucji zasadę „hamulca deficytu”. Według niej od 2016 r. tzw. deficyt strukturalny budżetu federalnego nie może przekroczyć rocznie 0,35 proc. PKB, a landy od 2020 r. nie będą mogły zaciągać nowych długów. Dzięki tym posunięciom poziom zadłużenia sektora finansów publicznych w Niemczech zaczął spadać już w 2011 r. (żaden inny z bogatych krajów zachodnich nie mógł wtedy tym się pochwalić). W zeszłym roku wprawdzie znów lekko wzrósł, ale w latach 2013-2014, według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ma się zmniejszać, podczas gdy w USA, Wielkiej Brytanii, Francji czy Włoszech będzie dalej rósł. Niemcy idą więc pod prąd. Inne kraje zachodnie, by podźwignąć się ze stagnacji i pobudzić gospodarkę, zwiększają – zgodnie z teorią Keynesa - wydatki publiczne. Nasz zachodni sąsiad przeciwnie. Deficyt budżetu państwa w tym kraju już od 2012 r. zbliżony do zera, co stawia Niemcy wśród krajów rozwiniętych na pozycji lidera (żaden z nich nie ma tak niskiego deficytu budżetowego) pod względem stanu finansów publicznych. Niemiecki rząd nie zamierza jednak na tym poprzestać. Chce dalej zmniejszać deficyt, tak, aby od 2015 r. nadwyżka była utrzymywana na stałe. Niemcy chcą w ten sposób pomóc swojej gospodarce, wyciągnąć ją z kryzysu zadłużeniowego, w którym ugrzęzły kraje zachodnie, przygotować się na ewentualne kolejne kryzysy czy przedłużającą się stagnację gospodarczą na świecie. Czy poszły dobrą drogą? Odpowiedzią na to pytanie jest choćby taki fakt, że dzięki takiej polityce Niemcy cieszą się opinią „bezpiecznej przystani” wśród inwestorów i agencji ratingowych. Dzięki temu mają niższe oprocentowanie swych obligacji, co daje im duże oszczędności w obsłudze zadłużenia. To był zaś jeden z głównych czynników, który po recesji z 2009 r. szybko postawił Niemcy na nogi.

W poprzednich kryzysach nasi zachodni sąsiedzi zachowywali się podobnie. Zaciskali pasa i wychodzili z nich obronną ręką. Tym różnili się i wciąż różnią od wielu krajów, że ich polityka nie sprowadza się głównie do reagowania na bieżące wydarzenia. Jest w niej także dużo miejsca na decyzje i działania z myślą o przyszłości, mające zapobiegać przyszłym zagrożeniom. Taka długofalowa polityka gospodarcza połączona ze zdolnością naszych sąsiadów zza Odry do wyrzeczeń (gdy jest taka potrzeba) to jedna z odpowiedzi na pytanie o to, skąd bierze się fenomen niemieckiej gospodarki.
Warto ten proces prześledzić. Słynny niemiecki powojenny cud gospodarczy to głównie rezultat nie planu Marshalla, jak zwykło się sądzić, ale odważnych reform, podjętych tam już pod koniec lat 40. XX w. Zamiast postulowanego przez wielu „demokratycznego socjalizmu” (oznaczającego m.in. państwowy interwencjonizm i duże wydatki socjalne), wprowadziły one – wbrew ówczesnym społecznym nastrojom – gospodarkę rynkową. Zauważywszy, że to działa i daje obiecywane efekty, mieszkańcy tego kraju zaakceptowali wprowadzone reformy. Co równie ważne, Niemcy, w poczuciu narodowej solidarności, ciężko pracowali nad odbudową swego państwa po zniszczeniach wojennych, choć wielu pracowników mogło wtedy liczyć tam tylko na minimalne pensje. Wiedzieli, że powinni zrezygnować z ambicji, by stać się znów potęgą militarną czy polityczną. Cały swój wysiłek i zaangażowanie włożyli więc w gospodarkę.

W latach 70. XX w. niemiecka gospodarka zaczęła znów słabnąć, m.in. w wyniku kryzysu energetycznego i rozdętych za rządów lewicowo-liberalnej koalicji (SPD i FDP) wydatków socjalnych. Odpowiedzią na to były następne prorynkowe reformy, rozpoczęte w kolejnej dekadzie przez kanclerza Kohla. Nie wystarczyły one jednak do tego, żeby Niemcy bez szwanku przeszły przez proces zjednoczenia ich kraju. Kroplówka finansowa, do której podłączono byłą NRD, kosztowała ich setki miliardów marek. To w połączeniu z przeregulowanym rynkiem pracy, „przesocjalizowaną” gospodarką i dużymi obciążeniami podatkowymi wpędziło Niemcy po raz kolejny w tarapaty gospodarcze - przekraczające 10 proc. bezrobocie, niski wzrost gospodarczy, wysokie zadłużenie państwa i deficyt budżetowy. Jeszcze dekadę temu Niemcy nazywano „chorym człowiekiem Europy”. Jednak ich odpowiedzią na to znów były kolejne odważne reformy, podjęte w latach 2003-2005 r. przez kanclerza Schroedera. Ich celem było zwiększenie wzrostu gospodarczego i podniesienie konkurencyjności niemieckiej gospodarki, a dzięki temu obniżenie bezrobocia. By osiągnąć ów cel, znacząco obniżono zasiłki dla bezrobotnych i świadczenia socjalne, zreorganizowano niemieckie urzędy pracy, zmniejszono obciążenie podatkowe elastycznych typów zatrudnienia (np. minijob). Uelastyczniono także rynek pracy, ułatwiając np. zatrudnianie pracowników w niepełnym wymiarze godzin.

Trzeba wspomnieć jeszcze o jednym. Gdy powstała strefa euro, Niemcy – ze względu na ich wysokie koszty pracy – powszechnie uważano za kraj niekonkurencyjny. Uporczywie wysokie wówczas niemieckie bezrobocie skłoniło jednak tamtejszych pracowników do tego, by zgodzili się na wyhamowanie tempa wzrostu płac. Odwrotnie było w krajach południowej Europy: wejście do strefy euro oznaczało dla nich radykalne obniżenie stóp procentowych, a w ślad za tym oprocentowanie kredytów. To doprowadziło tam do boomu gospodarczego wspieranego wzrostem zadłużenia prywatnego, w wielu krajach poszybowała w górę wartość zaciąganych kredytów hipotecznych. Z tych powodów zarobki rosły tam szybciej niż w Niemczech. Efektem tego zjawiska był malejący u naszego zachodniego sąsiada, a rosnący w krajach południowej Europy, tzw. realny efektywny kurs walutowy. Zatrzymanie wzrostu płac doprowadziło do tego, że niemiecka gospodarka odzyskała konkurencyjność.
Na skutki trzeba było jednak trochę poczekać. Stagnacja gospodarcza, w którą wpadły Niemcy jeszcze w latach 90. XX w., trwała aż do 2005 r. Jednak już w latach 2006-2007 można było mówić o boomie. Wzrost PKB w tym okresie przekraczał w Niemczech 3 proc. rocznie. Wraz z przyspieszeniem gospodarczym na świecie, eksplodował niemiecki eksport, który w latach 2005-2008 wzrósł o ponad 1/3, do ponad biliona euro. Wraz z nim jak na drożdżach rosła nadwyżka w handlu zagranicznym. Stopniowo spadało bezrobocie. Poziom wydatków sektora wydatków publicznych jeszcze w 2003 r. sięgał w Niemczech 48,5 proc. PKB. Czyli przekraczał średnią w strefie euro. Pięć lat później był o prawie 5 proc. niższy, dzięki czemu należał do najniższych w UE.

Gdy więc w 2009 r. Niemcy dopadła głęboka recesja, rząd tego kraju nauczony swymi wcześniejszymi doświadczeniami wprowadził wprawdzie tzw. pakiety stymulacyjne, ale na dużo mniejszą skalę niż inne kraje zachodnie. Dzięki temu poziom jego zadłużenia wzrósł od 2009 r. w dużo mniejszym stopniu niż w przypadku innych państw rozwiniętych, np. Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Francji. Swe zadłużenie zaczęły też ograniczać niemieckie gospodarstwa domowe. To typowe dla tego kraju zamiłowanie do oszczędności, niechęć do życia ponad stan, jest kolejną odpowiedzią na pytanie, dlaczego Niemcy mają tak silną gospodarkę. Nie kurczy się ona, mimo zmniejszenia wydatków państwa i obywateli, bo nasi zachodni sąsiedzi szukają innych sposobów na dźwignięcie się z kryzysu. W 2009 r. niemieccy pracodawcy w porozumieniu z pracownikami i rządem na pewien okres skrócili czas pracy i zmniejszyli płace. Po to, żeby uniknąć zwolnień i zwiększenia bezrobocia. Niektóre niemieckie koncerny, np. Bosch, wręcz szczyciły się wręcz tym, że mimo kryzysu nie zwalniały pracowników.

W tym miejscu należy napisać kilka zdań o strukturze niemieckiej gospodarki, której rdzeniem jest przemysł (ma on tam dwa razy większy udział w PKB niż we Francji czy Wielkiej Brytanii). Niemieccy producenci już 100 lat temu zaczęli stawiać na eksport. Wspierało ich w tym państwo. Na trzy sposoby. Z jednej strony pośrednio subwencjonowało eksport, z drugiej intensywnie rozbudowywało infrastrukturę transportową, a z trzeciej wprowadziło wysokie cła na towary importowane do Niemiec. Wszystko po to, żeby wzmocnić rodzimych producentów, by byli zdolni do ekspansji na rynkach zagranicznych. W takich warunkach, dodając do nich duży rynek wewnętrzny, niemieccy producenci zaczęli kwitnąć, a Niemcy już w 1900 r. stały się największą gospodarką w Europie. By móc konkurować na międzynarodowych rynkach, firmy niemieckie zmuszone były do wypracowywania sobie przewag konkurencyjnych. Stały się nimi wysoka jakość produktów, ich sławna solidność. To po dziś dzień fundament niemieckiej kultury ekonomicznej. Dzięki temu klienci są gotowi płacić za towary z Niemiec więcej niż za inne. Nie tylko ze względu na ich jakość, gwarancję trwałości, ale także m.in. za punktualność dostaw, rzetelność wobec kontrahentów i poszanowanie prawa (przedsiębiorcy w Niemczech nie mają problemu z egzekwowaniem swych należności, czego nie da się powiedzieć o wielu innych krajach). To wzięło się z kolei z niemieckiego zamiłowania do porządku, planowania, skłonności do organizowania pracy, działalności firm czy instytucji, w oparciu o trwałe struktury i procedury.
Duży udział eksportu w sprzedaży zmuszał niemieckie firmy do ciągłego unowocześniania się, inwestowania w nowe technologie. Zaczęły więc słynąć także ze swej innowacyjności. Zawdzięczały ją m.in. podjętej jeszcze przed I wojną światową intensywnej współpracy z uczelniami wyższymi, której efektem było m.in. nagrodzone Noblem z chemii odkrycie metody na syntezę amoniaku. Przedsiębiorstwa z Niemiec po dziś dzień należą do najbardziej innowacyjnych na świecie, dużo inwestują w badania oraz opracowywanie nowych technologii. I to jest kolejny ważny czynnik sukcesu tamtejszej gospodarki.

Niemiecki biznes kojarzy się powszechnie z wielkimi, znanymi na całym świecie koncernami, takimi jak Volkswagen, Siemens, Daimler, BASF czy SAP. Jednak trzonem gospodarki Niemiec są małe i średnie firmy rodzinne (tzw. Mittelstand), z których wiele zaczęło swą działalność jeszcze przed II wojną światową i które bardzo często są dziedziczone z ojca na syna. Istnieją po dziś dzień, bo dla ich właścicieli priorytetem jest przetrwanie, a nie maksymalizacja wzrostu firmy czy zysku. Mają inne podejście do biznesu niż wielkie międzynarodowe korporacje. Są mniej skłonni do ryzyka, konserwatywni w sposobie robienia interesów, lojalni wobec dostawców i swych pracowników. Robią wszystko, żeby zatrzymać swą wykwalifikowaną kadrę. Gdy przychodzą gorsze czasy i zmniejszają się zamówienia, na ogół nie zaczynają – w odróżnieniu od wielu dużych koncernów – dostosowywania się do tych okoliczności od zwalniania pracowników. Dzięki temu jednak, mając sprawdzoną przez lata, doświadczoną, dobrze wyszkoloną i przywiązaną do firmy załogę, łatwiej wychodzą z dołka, gdy poprawia się koniunktura. Szybciej też reagują na rynkowe zmiany i dopasowują się do nich. Gdy ostatnio strefa euro, będąca dotąd głównym rynkiem eksportowym dla Niemiec, pogrążyła się w kryzysie, niemieccy przedsiębiorcy zaczęli w szybkim tempie zwiększać eksport w innych, znajdujących się w lepszej sytuacji, częściach świata. Dla przykładu, ich sprzedaż do tzw. krajów BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny) wzrosła w ostatnich latach o ponad 50 proc. To było możliwe m.in. dlatego, że jedną z głównych specjalności niemieckiego biznesu jest produkcja maszyn stosowanych w przemyśle. Fabryki z krajów rozwijających się chętnie je zamawiają, bo wiedzą, że maszyny z Niemiec należą do najlepszych na świecie.

Na koniec jeszcze jedna ważna cecha niemieckiej kultury ekonomicznej. Jest nim gospodarczy pragmatyzm tamtejszych elit politycznych, dobra koordynacja między światem polityki i biznesem. W Niemczech te sfery są ściśle ze sobą połączone, a tamtejsi politycy naprawdę wsłuchują się w głos przedsiębiorców i spełniają ich postulaty. Dobrze zdają sobie sprawę, że to od nich, od kondycji rodzimych firm, zależy sytuacja ich kraju. Przejawem tej postawy okazały się choćby reformy gospodarcze kanclerza Schroedera. Były one bowiem odpowiedzią na apele przedsiębiorców, boleśnie odczuwających stagnację gospodarczą, w jakiej tkwiły Niemcy jeszcze dekadę temu.