Pokaż/Ukryj opcje strony

Dlaczego nasze pieniądze ulokowane w bankach są bezpieczne, a w parabankach - nie?

data publikacji: 8 Lipca 2013

autor: Jacek Krzemiński

Bankowość to jeden z najbardziej nadzorowanych i regulowanych przez państwo sektorów gospodarki. W Polsce pieczę nad nim trzyma nadzorowana przez premiera Komisja Nadzoru Finansowego (KNF). Ale nasze pieniądze ulokowane w bankach nie tylko dlatego są bezpieczne. To, że ich nie stracimy w przypadku upadłości banku, zapewnia także m.in. Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Każdy bank w Polsce musi mieć licencję (zezwolenie) na działalność bankową, wydawaną przez KNF. Gdy ją otrzyma, zaczyna podlegać rygorystycznym przepisom oraz ścisłemu nadzorowi, polegającemu m.in. na regularnych kontrolach ze strony Komisji Nadzoru Finansowego. Gdyby najsłynniejszy dotąd polski parabank, czyli Amber Gold, miał licencję na działalność bankową, nie mógłby funkcjonować w taki sposób, w jaki funkcjonował (czyli jak klasyczna piramida finansowa). I tysiące ludzi nie straciłoby przez tę firmę swych oszczędności. Nie tylko z powodu ścisłego nadzoru KNF. Depozyty klientów w bankach są objęte gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG), który działa na mocy ustawy z 14 grudnia 1994 r. Jeśli któryś z nich upadnie, BFG musi zwrócić jego klientom - w ciągu 20 dni roboczych (od momentu spełnienia warunku gwarancji, tj. od dnia zawieszenia działalności banku i ustanowienia nad nim zarządu komisarycznego oraz złożenia wniosku o ogłoszenie jego upadłości) - całość lub część ich depozytów: środków na koncie, lokat terminowych itd. Całość, jeśli depozyt nie przekracza 100 tys. euro (gdy konto należy do więcej niż jednej osoby, np. do małżeństwa, wtedy każdy z jego współposiadaczy otrzymuje do 100 tys. euro). Bankowy Fundusz Gwarancyjny zobowiązuje do tego wyżej wymieniona ustawa. Działalność BFG, w tym wypłacanie gwarantowanych środków, jest finansowana z wpłat na jego rzecz dokonywanych przez banki. Bankowy Fundusz Gwarancyjny może korzystać też z innych źródeł finansowania: dochodów z pożyczek udzielonych przez tę instytucję, dotacji z budżetu państwa i kredytu udzielonego przez Narodowy Bank Polski.

Dla klientów banków ważną informacją jest również to, że BFG nie tylko w ten sposób chroni nasze pieniądze ulokowane na kontach. Jego zadanie to również „likwidowanie przyczyn upadłości banków”. W jaki sposób je wykonuje? Np. udzielając pomocy finansowej bankom zagrożonym niewypłacalnością, pomagając im w łączeniu się z innymi, silnymi i „zdrowymi” bankami, gromadząc i analizując informacje o tym sektorze.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny jest tylko jednym z wielu elementów wielkiej regulacyjnej układanki, obejmującej sektor bankowy, której cele to: „zapewnienie prawidłowego funkcjonowania rynku finansowego, jego stabilności, bezpieczeństwa oraz przejrzystości, zaufania do niego, a także zapewnienie ochrony interesów uczestników tego rynku”. W uproszczeniu ów system regulacyjny jest po to, żeby pieniądze, które powierzamy bankom, były bezpieczne (innymi słowy - by zminimalizować ryzyko ich utraty) i żebyśmy w sytuacji, gdy bank naruszy nasze prawa lub interesy, nie wywiąże się z zawartych z nami umów, mieli możliwość zmusić go do gry fair, przestrzegania przyjętych reguł.

Jeśli je naruszy, możemy złożyć na niego skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ale także zwrócić się o rozstrzygnięcie kwestii spornych z bankiem lub wynegocjowanie z nim ugody do Sądu Polubownego, działającego przy Komisji Nadzoru Finansowego i zajmującego się rozstrzyganiem sporów między uczestnikami rynku finansowego. Tym samym zajmuje się także arbiter przy Związku Banków Polskich (ZBP), do którego z wnioskiem o rozstrzygnięcie sporu, dotyczącego „roszczeń pieniężnych z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania przez bank czynności bankowych lub innych czynności na rzecz konsumenta”, może zwrócić się każdy z nas (pod warunkiem jednak, że wartość naszego roszczenia – bez odsetek i innych kosztów ubocznych - nie przekracza 8 tys. zł). Chodzi np. o sytuację, w której bank źle – naszym zdaniem – naliczył nam odsetki czy prowizje lub nałożył na nas jakąś opłatę, którą my kwestionujemy. W razie konfliktu z bankiem naprawdę warto brać pod uwagę możliwość zwrócenia się do Sądu Polubownego przy KNF czy do arbitra przy ZBP, bo to prostsze i tańsze rozwiązania niż kierowanie takiej sprawy do zwykłego sądu i wynajmowanie adwokata.

W tym miejscu trzeba jednak podkreślić, że to wyżej wspomniana Komisja Nadzoru Finansowego jest w Polsce główną instytucją, nadzorującą banki, ale także – od zeszłego roku - spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe (SKOK-i). Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) egzekwuje większość przepisów, które regulują działalność sektora bankowego, określają wymogi wobec niego i zasady jego funkcjonowania. Dotyczą one np. wysokości kapitałów, jakimi powinny dysponować banki, poziomu ich płynności finansowej, stopnia wypłacalności.

Jednak komisja nie ogranicza swych działań jedynie do sprawdzania, czy banki przestrzegają wyżej wspomnianych przepisów i wymogów. Dla przykładu: regularnie kontrolując banki, nadzór finansowy sprawdza nie tylko, czy stosują się do prawa obowiązującego sektor finansowy, ale także, czy przestrzegają własnych, tzw. wewnętrznych przepisów, np. swych regulaminów. Każdy bank w Polsce musi co miesiąc wysyłać Komisji Nadzoru Finansowego specjalne sprawozdania. Liczą one po kilkaset arkuszy, bo trzeba podawać w nim bardzo wiele danych i wskaźników, pokazujących np. odsetek tzw. złych kredytów. Te dane muszą być tak dokładne, żeby nadzór mógł na wskroś prześwietlić bank i z dużą precyzją go ocenić. Niezależnie od tych sprawozdań, urzędnicy komisji przeprowadzają w bankach kontrole. Choćby po to, by sprawdzić, czy podawane w sprawozdaniach dane są prawdziwe. Dość często zdarza się bowiem, że niektóre banki próbują zaniżyć odsetek „złych kredytów”, ukryć ich część. Dlatego, że jeśli nadzór finansowy uzna, iż bank ma za dużo takich kredytów, to każe mu robić odpisy na ten cel, czyli zwiększyć rezerwy finansowe lub podnieść kapitał banku - na wypadek, gdyby część tych pożyczek nie została spłacona. Banki nie lubią robić takich odpisów, bo są one zaliczane do kosztów i obniżają wynik finansowy. Głównie z tego powodu czasami starają się ukryć część zagrożonych kredytów. Na szczęście nadzór finansowy eliminuje takie praktyki, bo ukrywanie rzeczywistej złej kondycji banku może na dłuższą metę doprowadzić nawet do jego bankructwa.

Każdy bank musi zastosować się do oceny i zaleceń wydanych mu przez Komisję Nadzoru Finansowego. Tak samo, jak powinien uwzględniać jej uchwały, rekomendacje i stanowiska. Wydawane m.in. dlatego, że oprócz standardowego nadzorowania sektora finansowego KNF ma też w inny sposób służyć jego prawidłowemu funkcjonowaniu oraz przyczyniać się do rozwoju i większej konkurencyjności tego rynku. To dlatego współtworzy przepisy dla niego, a także zbiera, opracowuje i upublicznia informacje na temat sektora.

Szczególne miejsce w tych działaniach zajmują rekomendacje wydawane przez Komisję, których spis i treść jest dostępna na jej stronie internetowej. Weźmy na przykład rekomendacje S, których celem było zmniejszenie liczby udzielanych walutowych kredytów mieszkaniowych. KNF wydała rekomendacje S w momencie, gdy kurs franka, w którym udzielano większości takich kredytów, skoczył o ponad 50 proc. Dalszy wzrost ich liczby groził lawinowym wzrostem kredytów zagrożonych, a więc zagrażał całemu rynkowi finansowemu. W swej rekomendacji Komisja zawarła wytyczne dla banków, znacząco zaostrzające kryteria dla klientów, którzy chcieliby pożyczyć pieniądze na mieszkanie w walucie. W efekcie liczba kredytów walutowych, bardziej ryzykownych od złotowych, radykalnie spadła, co dobrze służy bezpieczeństwu naszego systemu bankowego.

Inne z ważniejszych i ciekawszych rekomendacji KNF dotyczyły m.in. ryzyka inwestycji finansowych banków, ryzyka walutowego, ich kontroli wewnętrznej i systemu monitorowania płynności oraz zarządzania przez nie ryzykiem stopy procentowej. Z drugiej strony nie brakuje takich stanowisk nadzoru finansowego, które mają na celu wzmocnienie pozycji klienta w relacjach z bankiem czy inną instytucją finansową. Przykładem takiego stanowiska jest pismo KNF z 26 września zeszłego roku. Skierowane do nadzorowanych przez nią banków i wzywające je do zaprzestania praktyk, polegających na „wciskaniu” ich klientom skomplikowanych produktów inwestycyjnych, których nie rozumieją i które nie są dostosowane do ich potrzeb (polegało to m.in. na sprzedawaniu produktów obarczonym wysokim ryzykiem osobom nie mającym skłonności do ponoszenia takiego ryzyka), przekazywaniu im niepełnej lub nierzetelnej wiedzy na temat tych instrumentów. To drugie oznaczało np. podkreślanie możliwości osiągnięcia nieprzeciętnych zysków i jednoczesne marginalizowanie ryzyka czy pomijanie informacji o kosztach zawarcia umowy lub wcześniejszej niż przewiduje umowa rezygnacji z inwestycji.

Ktoś mógłby powiedzieć: skoro nadzór nad rynkiem finansowym jest tak rozbudowany i silny, to dlaczego w ostatnich latach doszło na nim do tylu patologii i do kryzysu? Gdyby jednak tego nadzoru w ogóle nie było, obecna sytuacja na rynku byłaby dużo gorsza, a z takimi problemami mielibyśmy do czynienia dużo częściej. Trzeba też dodać, że spora część sektora finansowego, także w Polsce, jest wyjęta spod ścisłego nadzoru państwa (w przypadku naszego kraju - spod jurysdykcji Komisji Nadzoru Finansowego). Chodzi głównie o tak zwane parabanki, które często działają podobnie do funduszy inwestycyjnych. To znaczy przyjmują od swych klientów pieniądze, żeby zainwestować je w coś, co przyniesie wysoki zysk, którym podzielą się z klientami. Jest to więc zazwyczaj coś w rodzaju lokat inwestycyjnych na duży procent. Takie firmy nazywa się parabankami dlatego, że proponują bardzo zbliżone lub takie same usługi (to znaczy, że de facto przyjmują depozyty na procent i finansują z nich swą działalność), jak banki, nie mając jednak zezwolenia KNF na działalność bankową. Działają wprawdzie legalnie, ale w oparciu o kodeks cywilny, a nie o prawo bankowe. Albowiem według tegoż prawa prowadzenie kont i gromadzenie środków pieniężnych poprzez przyjmowanie depozytów od klientów w celu udzielania kredytów, pożyczek lub obciążania zgromadzonych kwot ryzykiem w inny sposób to czynności zastrzeżone dla banków.

By nie odpowiadać tej definicji, parabanki używają różnych trików. Udzielają pożyczek tylko z własnych funduszy - tak, jak to robią firmy pożyczkowe - lub przyjmują pieniądze od klientów (a potem nimi obracają, także udzielając kredytów), na procent, nie nazywając tego jednak depozytami (lokatami). Ale choćby, tak, jak firma Finroyal, „kontraktami lokacyjnymi”. Inny przykład to Amber Gold, który funkcjonował oficjalnie jako „dom składowy”, zajmujący się składowaniem metali szlachetnych. Oferował swym klientom lokaty w złoto, srebro i platynę, podpisując z nimi tzw. „umowy składu”. Dzięki temu nie musiał mieć licencji na działalność bankową.

Jako, że parabanki nie są objęte nadzorem finansowym ze strony państwa, Bankowym Funduszem Gwarancyjnym i innymi wymogami nakładanymi przez prawo bankowe (ostrożnościowymi, kapitałowymi, związanymi z formą prawną i ochroną tajemnicy bankowej itd.), powierzanie im swych pieniędzy jest obarczone bardzo dużym ryzykiem. Nie będąc kontrolowane, tak, jak banki, są mało przejrzyste, mogą w zasadzie robić, co chcą, z powierzonymi im pieniędzmi, np. zbyt ryzykownie je inwestować czy działać jak klasyczne piramidy finansowe. Tak czy owak są w dużo większym stopniu narażone na ryzyko bankructwa niż bank. A jeśli plajtują, to odzyskać powierzone im pieniądze (przypomnę: nie objęte Bankowym Funduszem Gwarancyjnym) jest bardzo trudno, nie mówiąc już o obiecanym zwrocie z tej inwestycji. Bo przejmujący i sprzedający ich majątek syndyk masy upadłościowej w pierwszej kolejności pokrywa swoje koszty i zwraca należności wobec pracowników firmy i Skarbu Państwa. Po zaspokojeniu tych roszczeń dla pozostałych wierzycieli może już nic nie zostać.

Dlaczego więc parabanki wciąż cieszą się wśród Polaków dużą popularnością i zaufaniem? Po pierwsze mamy wciąż niski poziom wiedzy ekonomicznej. Po drugie parabanki obiecują wyższe od przeciętnych stopy zwrotu od powierzonego im kapitału, wyższe niż np. klasyczne i objęte nadzorem KNF fundusze inwestycyjne. Po trzecie – jak wykazał Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) – często wprowadzają w swych reklamach potencjalnych klientów w błąd. Tak samo zresztą, jak – według UOKiK - firmy zajmujące się udzielaniem tzw. ekspresowych pożyczek (także uznawane za parabanki, ale w szerszym tego słowa znaczeniu), które mamią klientów mniejszymi niż w bankach wymogami kredytowymi. Np. używając hasła „bez weryfikacji w BIK”, mimo, że zgodnie z przepisami mają obowiązek oceny ryzyka kredytowego przy każdej udzielanej pożyczce. Nie mówiąc już o tym, że jak również wykazał UOKiK - często nie informują klientów przed podpisaniem umowy o wszystkich kosztach pożyczki.

Jak sprawdzić, czy dana firma jest klasycznym parabankiem? Najlepiej wejść na stronę internetową Komisji Nadzoru Finansowego (www.knf.gov.pl), która – w zakładce „Ostrzeżenia publiczne”, w pierwszej rubryce pt. „Wykonywanie czynności bankowych” - publikuje listę parabanków, ostrzegając przed korzystaniem z ich usług. Amber Gold, który upadł w zeszłym roku, KNF umieściła na tej liście już w 2009 r.