Ślepa wiara we wskaźniki może być zgubna |
11 |
Ziemia została stworzona 5770 lat temu o godz. 6 rano. Precyzja tego stwierdzenia budzi rozbawienie. Pokazuje jak niewiarygodne jest ścisłe wnioskowanie z opacznie rozumianych przesłanek. Reuven Brenner z Uniwersytetu McGill opowiada, kiedy, dlaczego i z jakim skutkiem podobnych błędów dokonują ekonomiści.
Jak wiarygodne są statystyczne wskaźniki inflacji, takie jak indeks cen konsumpcyjnych?
Reuven Brenner: To zależy od tego, kto je czyta i czy bierze pod uwagę zmiany w otoczeniu instytucjonalnym i regulacyjnym, które na te statystyki wpływają. Oto niedawny przykład tego, jak dramatyczne skutki może mieć błąd w czytaniu indeksów cen. Koszty związane z mieszkaniem są ważnym składnikiem (ok. 30 proc. wagi) wchodzącym w skład indeksów cen. Do indeksu wlicza się nie ceny mieszkań, które przed kryzysem rosły, tylko czynsze (lub mówiąc precyzyjnie – ekwiwalenty czynszów), których poziom się nie zmieniał. Ceny mieszkań rosły, bo ludzie spodziewali się wzrostu wartości nieruchomości i woleli płacić ratę kredytu hipotecznego niż czynsz. Stąd indeksy cen nie pokazywały tego, co pokazywać powinny.
I nikt tego nie zauważył?
Większość polityków i ekonomistów nie zauważyła, że rozmaite ustawy, regulacje i instytucje, takie jak Freddie Mac i Fannie Mae, które zarówno bezpośrednio jak i pośrednio subsydiowały zakup mieszkań, dramatycznie zmieniły naturę tej klasy aktywów i znaczenie „wskaźników inflacji”. Poza tym ci ekonomiści i politycy też mieli swoje racje. Uzasadniali stosowność wprowadzenia tych subsydiów, twierdząc, że jeśli ludzie posiadają na własność mieszkania, to zaczynają mieć więcej do stracenia, wzmacniają się więzi społeczne, a kapitał, jaki gromadzą, może stać się zabezpieczeniem dla kredytu na założenie firmy. Te spostrzeżenia były trafne tak długo, jak długo pojęcia „własność” i „kapitał” utrzymywały swoje znaczenie. Ale polityka rządu wspierająca posiadanie mieszkań na własność doprowadziła do tego, że to znaczenie straciły. Skończyło się na tym, że ludzie przed kryzysem na papierze byli „właścicielami” domów, ale ich kapitał [wkład własny i spłacona część hipoteki – przyp. KN] był minimalny. A bez kapitału, nie tylko nie ma żadnych korzyści z posiadania domu na własność, ale jest jeszcze gorzej: kiedy rosły stopy procentowe i właściciele nie mogli spłacić kredytu, tracili miejsce do mieszkania.
Większość ekonomistów i polityków nie zdawała sobie sprawy, że te ustawy i instytucje zaburzają kalkulacje indeksów cen dokonywanych przez biura statystyczne.
Jakie były skutki tego przeoczenia?
Takie obliczenia wskaźników inflacji doprowadziły Fed do błędnej konkluzji, że nie ma nadmiernej ekspansji kredytowej pomimo drastycznej zwyżki cen nieruchomości. Na dodatek Greenspan wyłączył z indeksu ceny żywności i energii, stwierdzając, że będzie kierował się wskaźnikiem inflacji bazowej, i zlekceważył wpływ deprecjacji dolara. Czy więc Fed pozwalał na zbyt szybki rozwój akcji kredytowej? Oczywiście, że tak - i spadek wartości dolara, i wzrost ceny złota świadczyły o tym, że coś jest nie w porządku, mimo że tradycyjne statystyczne miary inflacji nie wysyłały żadnych sygnałów alarmowych. Fed dużo wcześniej przestał zwracać uwagę na sygnały wysłane przez ceny złota, mimo że Greenspan okazjonalnie niejednoznacznie wspominał, że nadal się im przygląda.
Fed został zmylony przez zaburzone wartości wskaźnika cen konsumpcyjnych. Na dodatek, za przyczyną ustawy Humphreya-Hawkinsa, amerykański bank centralny musi brać pod uwagę jeszcze inny agregat – stopę bezrobocia. To jest teoria, która zakłada, że istnieje stabilny związek między stopą inflacji a stopą bezrobocia – mimo licznych dowodów, że takiego związku nie ma. Nie można się dziwić, że Rezerwie Federalnej, która operuje w kategoriach takich niejasnych wielkości bez zważania na zmieniające się uwarunkowania instytucjonalne i regulacyjne, nie udało się utrzymać wartości dolara, zapobiec inflacji i kryzysowi na rynkach finansowych.
Czy próba zmierzenia i skorygowania błędu wynikającego ze zmian na rynku mieszkaniowym miałaby sens?
Nie. Bo taka próba znów zamyka nas w kręgu języka, pojęć i teorii, które przesłaniają istotę rzeczy. Ludzie często budują linie Maginota, próbując wygrać poprzednią wojnę. Znów wprowadzamy korekty do jakiegoś statystycznego agregatu, który niewiele mówi o zmieniającej się rzeczywistości gospodarczej.
Kilka lat temu Rezerwa Federalna nie dostrzegła, że rozwój sektora parabankowego doprowadził do wielkiej ekspansji kredytowej. Przypuśćmy, że dzisiaj Fed zgodziłby się, aby w inny sposób brać pod uwagę czynnik mieszkaniowy. Ale załóżmy dalej, że Rezerwa Federalna nadal lekceważy ceny złota, surowców, deprecjację dolara względem innych walut (i wyłącza wpływ tej deprecjacji ze stopy „inflacji”, którą się kieruje). Czy to doprowadzi do lepszej polityki Fedu? Nie.
Prowadzono zresztą gorące spory o to, czy banki centralne powinny brać pod uwagę ceny różnych aktywów i kierować się nimi przy podejmowaniu decyzji. W tej debacie nie podniesiono zasadniczego argumentu, że agregaty statystyczne przestają być wiarygodne, kiedy następują drastyczne zmiany w prawie, regulacjach czy otoczeniu instytucjonalnym. Po raz kolejny wynikało to z tego, że dyskutanci ulegli złudzeniom tworzonym przez keynesowskie myślenie i język oraz zupełne lekceważenie szczegółów, takich jak wpływ zmieniających się praw i instytucji na wielkości zagregowane i ich znaczenie.
| Ocena: | |
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() | |
| Liczba oddanych głosów: 11 |




