Domowy budżet nie lubi deficytu |
18 |
Takie historie bywają podobne i słyszymy o nich coraz częściej. Pierwszy zaciągnięty kredyt nie boli, kolejne co najwyżej budzą lekki niepokój. Jednak gdy nowym kredytem spłacamy poprzednie – jesteśmy już w matni. Kredytowa pętla zaciska się, a nasze życie wali się w gruzy.
Stajemy się – w pewnym sensie na własną prośbę – ofiarami finansowego wykluczenia. Bankrutujemy, tak jak bankrutują firmy, a nawet całe państwa. Domowy budżet gorzej znosi deficyt niż budżety państw. Te ostatnie potrafią trwać na kredyt całe dziesięciolecia. Życie "na kreskę” w rodzinie zazwyczaj kończy się katastrofą już po kilku kiepskich miesiącach...
Spójrz prawdzie w oczy – przelicz wpływy i wydatki
Osobiste bankructwo to sytuacja krańcowa – najbardziej dramatyczna i na szczęście wciąż niezbyt częsta. Jednak spójrzmy prawdzie w oczy – czy choć raz zastanawialiśmy się, jak zaplanować wydatki; czy myśleliśmy z "zimną głową”, ile odłożyć z wypłaty i w co te pieniądze zainwestować? Najczęściej nasze wydatki są impulsywne, a inwestycje przypadkowe. Kupując kierujemy się reklamą i chwilowymi zachciankami. Oszczędzamy dopiero wtedy, gdy nie wiemy, co zrobić z nagłym przypływem gotówki. Tymczasem domowemu budżetowi, jak każdemu innemu, służą racjonalne i spokojne decyzje. Domowy budżet najlepiej działa, gdy go planujemy; gdy tworzymy listę niezbędnych wydatków i szukamy oszczędności tam, gdzie pieniądze przelewają się nam przez palce. Takich dziur w domowej kasie znajdziemy wiele. Nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych miesięcznie, po kilku latach zmieni się w pokaźną sumkę, a ta – dobrze zainwestowana – urośnie jeszcze bardziej.
Aby stworzyć, a później wykonać "domową ustawę budżetową”, trzeba porzucić wciąż jeszcze pokutujące przekonanie, że zbyt mało zarabiamy, aby nad tymi naszymi "groszami” łamać sobie głowę. Otóż, zawsze będziemy za mało zarabiać. Dla jednego minimalna pensja będzie zbyt mała. Dla kogoś innego średnia krajowa wyliczana przez GUS też będzie "głodowa”. Sfrustrowany menedżer będzie zaś wydawał bez opamiętania poczwórną średnią krajową, twierdząc w rozmowach ze znajomymi, że za mało zarabia, aby się zastanawiać nad wydatkami i oszczędnościami. Bogactwo i bieda to kategorie względne. Realne i bezwzględne są nasze dochody i wydatki. Na początek musimy je zderzyć. Po jednej stronie nasza pensja; po drugiej czynsz, prąd, gaz, szkoła, zakupy w osiedlowym sklepie. Gdy to wszystko zapiszemy, zrozumiemy, że w naszym życiu jest miejsce i czas na gruntowną reformę finansów domowych. Nie musi ona oznaczać skąpstwa wobec siebie i członków rodziny – będzie raczej "pójściem po rozum do głowy” w zarządzaniu pieniędzmi.
Zostań bezdusznym księgowym
Czy zastanawialiście się, ile kosztują codzienne dojazdy do pracy własnym autem? Czy kiedykolwiek spróbowaliście policzyć, ile razy w miesiącu tankujecie do pełna? W większych miastach, gdzie miejska komunikacja pozwala na względnie tanie dotarcie do pracy, kierowcy z zaskoczeniem odkrywają, że trzy pełne tankowania w miesiącu można bez problemu ograniczyć do dwóch wizyt na stacji benzynowej. To oszczędność prawie 200 zł miesięcznie. W skali roku to 2,4 tys. zł – wystarczy na pełne ubezpieczenie auta i sfinansowanie kosztów paliwa na wakacyjny wyjazd...
Powyższy przykład (jak najbardziej realny – wzięty prosto z życia kierowcy mieszkającego w średniej wielkości mieście) to tylko propozycja łatwego ograniczenia niekontrolowanych wcześniej wydatków. Oczywiście, takie cięcie rodzi konieczność korzystania z komunikacji publicznej, która – nawiasem mówiąc – niekiedy bywa wygodniejsza w dojazdach do pracy (odpada kłopot z zaparkowaniem pojazdu w centrum). Podczas spokojnego analizowania wydatków odkryjemy więcej takich ukrytych złotówek, które giną gdzieś bezpowrotnie. Znane są przykłady abonentów rozbudowanych usług telewizji kablowych (ok. 90 zł miesięcznie), którzy po roku lub dwóch odkrywają, że w ogóle nie mają czasu na oglądanie ulubionych, przyrodniczych kanałów. W takim przypadku wypowiedzenie umowy to oszczędność ok. tysiąca złotych rocznie.
Czy zastanawialiście się, ile płacicie za prowadzenie rachunku w banku? Miesięczna opłata stała – 8,50 zł; opłata za kartę debetową – 2 zł, za każdy przelew złotówka – razem ok. 20–30 zł miesięcznie. Tymczasem banki internetowe prowadzą konta za darmo, a przelewy dokonywane z takich kont także nic nie kosztują. Nie chcecie zmieniać banku? Czujecie strach przed wirtualnymi bankami i kontami? Nie ma zmartwienia – niekiedy wystarczy postraszyć swój bank wypowiedzeniem wieloletniej umowy. Na pewno otrzymacie propozycję obniżenia opłat za prowadzenie rachunku.
Właśnie w taki sposób ze wspomnianych wcześniej kilkunastu czy kilkudziesięciu złotych miesięcznie, robią się pokaźne kwoty, które zainwestowane z głową, mogą w przyszłości zamienić się w niemałe pieniądze.
| Ocena: | |
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() | |
| Liczba oddanych głosów: 18 |


